Land Serwis

Polacy na Ładoga Trophy 2013 – powrót do korzeni (AKTUALIZACJA)

(Info via Kuba Chełmicki i Gosia Gongolewicz. Więcej: https://www.facebook.com/PermanentHappening; relacje zespołu Adama Bomby:
http://www.scorpionteam.pl/ladoga-trophy-2013)

935282_477465138999065_1110129149_nPONIEDZIAŁEK
ŻABA:
Trochę chronologii zdarzeń z ostatnich trzech dni. Skoro już wydostałem się wczoraj z lasu i skoro mam czas, bo pan, który miał nam pomóc dostać się do auta nie przyjechał. A jest 5 rano i jeszcze nie mam kogo budzić o tej porze. No, może za wyjątkiem polskiego konsula w Petersburgu, bo jak tak dalej pójdzie to wojsko trzeba będzie zaangażować do tej akcji

31.05 przedostatni, najdłuższy etap rajdu, 122 km podzielone na dwie sekcje z dojazdówką 88 km w połowie. Wszystko niecałe 300 km na północ od Petersburga, po wschodniej stronie Ładogi. Startowaliśmy o 9.30 czasu lokalnego. Jeszcze przed startem ratowaliśmy Bombę naszym przekaźnikiem od wyciągarki. Start i jazda! Głębokie koleiny z grząskim błotem, auto na reduktorze ledwo idzie, 2-gi, czasem tylko 3-ci bieg. Generalnie coś na nasze ciężkie auto… Dogrzebujemy się do twardego swoją masą, idziemy rozpędem, w powietrzu fontanny błota z opon. Jakieś wielkie „bałoto” z zimnikiem w poprzek, znów koleiny, zimnik i mostek z bali – na zjeździe bale się rozsuwają i wpadamy w mega lochę, ale szybka akcja i dalej. W okolicach dwudziestego kilometra, po walce między drzewami, w koleinach na metr głębokich wyrytych między korzeniami nagle, bez ostrzeżenia tracimy napięcie, siada pompa paliwowa, silnik gaśnie i już nie odpala – brak prądu. Rozrusznik nie kręci. Żadnych wcześniejszych symptomów, kontrolki ładowania, no nic… paski są całe.

Słabe miejsce na postój. Ostatnie auto z grupy proto przeciąga nas koleinami w jakieś 70m w lepsze miejsce… też koleiny z wodą i błotem, że do auta nie da się dojść, ale na brzegu polanka 3x4 m „w miarę” sucha. Woda tylko po kostki. Generalnie syf-malaria. Proto bierze nasze koordynaty i obiecuje zgłosić organizatorowi oraz powiadomić nasz serwis. Jeszcze jeden team quadów robi to samo i… zostajemy sami. Organizujemy obozowisko. Z naszych wyliczeń wynika, że będziemy czekać minimum 10-12 godzin. Pamiętam z 2004 roku, że ewakuacja była bardzo sprawna i skuteczna. Martwię się jednak trochę tym, że na bazie nie widziałem w tym roku żadnego odpowiedniego pojazdu – dawniej mieli Gaza 66 i Unimoga. Teraz Jura i jego przyboczni przesiedli się na Toyoty 100… to może nie dać rady.

Krzysiek bierze telefony i idzie szukać sieci, ja organizuję chrust na ognisko. Sprawdzam prowiant: 2 mielonki, 4,5 butelki wody, 4 snickersy. Nie jest źle!

Rozpatrujemy różne możliwości. Zapewne padł alternator równocześnie z kontrolką ładowania i w konsekwencji wyczerpał się nam akumulator. Jak dowiozą nam te części to sami ruszymy dalej. Kurczę… nie jest nam dane obejrzeć kolejnej mety… Czekanie na 12 m2 w wodzie po kostki naprawdę frustruje…

Noc mija spokojnie, choć bezsennie, bo jak spać w kucki przy ognisku gdy przewrócenie równa się kąpiel w lodowatej brei?

Łudzimy się, że może koło północy są pierwsze szanse na pomoc… jednak do rana pomoc nie nadchodzi. Kontaktu telefonicznego nie ma. Rano zostało nam po butelce wody na głowę. Decydujemy, że jak do południa nikt się nie pojawi to idziemy po trasie na start OSu, gdzie powinien stać nasz serwis. Tam odpoczywamy, bierzemy graty, wracamy i odjeżdżamy do domu. Ruszamy. To jednak nie jest takie proste. Krzysiek po wypadku samochodowym sprzed lat ma niesprawną jedną nogę. Jest mu bardzo ciężko. Na szczęście przynajmniej pogoda dopisuje, słońce świeci, idzie się z mozołem, ale konsekwetnie zbliżamy się do celu. Po 7,5 h marszu docieramy na start. Krzysiek ledwo żyje. Zapada decyzja: akumulator i alternator do plecaka i ja z Maćkiem wracam po auto. Dwóch lokalesów ma podrzucić nas traktorem tak daleko jak się da. Jeden z nich to zawodowy myśliwy, tutejszy łowczy. Mówi, że mieliśmy szczęście, bo tam gdzie zostawiliśmy auto ostatnio chodził niedźwiedź…

Traktor kopie się po 2 km, a traktorzysta wymięka mimo wiśniówki wypitej „na odwagę” przed wyjazdem. Myśliwy proponuje, że pokaże nam drogę na skróty, przez bagna. Aku na plecy i w drogę. Dokuczają mi stopy – od 48 h w przemoczonych butach, dokucza brak snu. Za wielkim błotem dostajemy koordynat „na skuśkę”. On zawraca, my idziemy dalej. Wszędzie świeże ślady dzikiej zwierzyny. Dochodzimy do auta około pierwszej w nocy. Rozpalamy ognisko, jemy kanapki. Do świtu pozostało półtorej godziny, postanawiamy poczekać, żeby po ciemku śrubek nie pogubić. Z pierwszym brzaskiem zaczynamy naprawę i po niecałej godzinie auto nie tylko działa, ale jest nawet obrócone w drogę powrotną w koleinie. Jedziemy!!! Idzie bardzo dobrze, metr po metrze pełzniemy w stronę „startu”. Coś jest jednak nie tak… auto zaczyna się grzać… Po 2 km mamy most z bali, musimy go zreperować, żeby przejechać. Po następnych 500 m wyrzuca nas z koleiny, auto gaśnie, gorący silnik już nie odpala. To nie alternator! Już wiemy, że mamy jakieś zwarcie w instalacji, ale nie mamy już prądu… Decyzja: ja słabo chodzę więc zostaję. Maciek wraca na postój, bez obciążenia i przywozi jakimś pojazdem nasze 3 akumulatory, będziemy je zmieniać i dowleczemy się „na twarde”. Zostawia mi ostatnie pół litra wody pitnej i idzie.

Okaże się później, że wody pitnej wzięliśmy zdecydowane za mało.. nie będzie fajnie. Na początek jednak jest całkiem OK. Suszę na słońcu stopy, buty i skarpetki. Nogi trochę mniej bolą. Nuda… Robię porządek w aucie. Przespałem się godzinę. Wpadam na pomysł: wyjmuję oba akumulatory i stawiam na słońcu. Jest bardzo ciepło, już ponad 30 stopni. Po jakiejś godzinie wkładam akumulator do auta, ten nowszy na początek, a z braku kabli stawiam na nim drugi do góry nogami, klema w klemę. Rzeczy mam już poukładane w aucie, żeby nie tracić czasu jak odpali. Kręcę… ODPALA!!! JAZDA!!!

W zawieszeniu cos wali niemiłosiernie, ale nie przejmuję się, jadę dalej. Docieram do przeprawy, której na kołach nie da się zrobić. Obsługa mechanika w pojedynkę słaba więc wysiadam i układam szybko bale by przejechać na kołach. Wdzieram się na zimnik z bali o średnicy pół metra, przerwy między nimi większe od koła. Autem rzuca, zaraz się rozpadnie… Silnik zaczyna się grzać… Na środku 700m polany w pełnym słońcu, na drodze z bali, bez kawałka cienia muszę zgasić motor. Spod maski bucha para…

Zaczynam od akumulatorów. Idą się grzać na słońce. W międzyczasie zbieram 5l wody z okolicznych kałuż. Auto schłodzone, o mnie nie można tego powiedzieć

401135_475273099218269_290129312_n_copyWoda pitna dawno mi się skończyła. Jedyna nadzieja w odpaleniu bryki i jeździe na „start”. Wodą z kałuży uzupełniam chłodnicę filtrując śmieci przez swój t-shirt. Zwieram akumulatory i… nic! Słabo. Znaczy: dalej nie pojedziemy. Wody brak. Cienia brak. Temperatura 35 stopni. Do startu 17 km. Trzeba ruszać póki mam siłę.

Upał mocno dokucza. Stopy krwawią w butach. Dwie nieprzespane noce. Tydzień rajdu i wariackie ostatnie dwa tygodnie przygotowań przed rajdem dają o sobie znać. Mam chęć położyć się przy drodze i zasnąć. Przecież jak będą jechać to mnie znajdą. Ale jak Maciek nie dojdzie? Jak nikt nie przyjedzie? Przecież od 2 dni nikt nie chce nam pomóc… Rozsądek bierze górę nad słabością. IDĘ! Komórka pada, zasięgu i tak nie ma. Zostało mi 7 km. Jest słabo… Na próbę włączam telefon. Przychodzi sms od Roberta Sienkiewicza… z Polski. Odpisuje mu podając moją pozycję i proszę by się skontaktował z chłopakami i przysłał kogoś z wodą po mnie. Idę dalej. 4 km do „startu” mam jednak dość. Leżę w krzakach. Pojawia się Paweł! Ma WODĘ!!!

Staram się powoli iść. Odmoczone i otarte nogi NAPIERDALAJĄ!!! Dowlekamy się do kampera. Paweł rozcina mi buty i skarpety, żeby je zdjąć. Na 4 rano mamy obiecanego UAZa z wyciągarką – ma zawieźć nas i akumulatory do auta i razem wracać. Ja nie mogę chodzić nawet po kamperze. Będzie kiepsko… 4 rano… UAZa nie ma… 4.30 UAZa nie ma… 4.50.. sms od UAZa: zepsuł się i nie przyjedzie. Kurwa!!!

Czekamy, aż ludzie wstaną. Wszyscy w okolicy już nam odmówili, ale mamy zamiar zaatakować jeszcze raz człowieka z Uralem. Jak nie on to baza sprzętu ciężkiego 40 km od nas. Wczoraj była zamknięta, może dziś ktoś będzie i nam pomoże…Czekamy…

***

Jest URAL!!! Ruszamy!!!

***

Ural padł 2 km od początku trasy. Znów: plecak, akumulator i spacer. Już 8 apapów, a do auta jeszcze 2 km. Żar się leje z nieba, a pot ze mnie...

***

Doszliśmy z akumulatorem na piechotę i jedziemy o własnych siłach z powrotem. Już połowa drogi. Tu ku..wa jest dopiero bagno!

***

Wykopany Ural w pogotowiu. Na szczęście Maciek to czarodziej!
Znowu jedziemy!!!

***

Ku...wa... to niewiarygodne! Mamy kilometr do asfaltu i złapaliśmy kapcia!

***

Ja pierdole!!! Asfalt!!!

Ładoga w wersji „+2 dni” chyba wywołała jakiś mega dym… Dzwonił do nas konsul z Petersburga.

A nasza „Żyła” nie odpuszcza do końca. Żeby nie gasić silnika od razu wjeżdżamy na lawetę i… pada sprzęgło.. ku..wa! To po prostu niewiarygodne!!!







NIEDZIELA:

ŻABA: 
Jedziemy z Maćkiem wioząc drugi akumulator. Wszystko dobrze, musimy tylko ogarnąć sprzęt.

***

Po 14 godzinach marszu przez błoto jesteśmy 300m od auta. Ja, Maciek i akumulator

***

Maciek Kamieński: wszystko z nami dobrze, Witek i Krzysiek też w porządku, a plotki o "zaginięciu polskiej załogi" są bardzo mocno przesadzone. Z samochodem jest problem, bo świeży akumulator pozwolił na przejechanie jedynie 4 km. Alternator jest sprawny i ładuje, ale jest jakieś zwarcie w instalacji, które powoduje ogromny upływ prądu.

Jutro około 6-stej ma podjechać samochód "na dużym kole", żeby zholować Red Rovera. Miejscowi nie chcą tam jechać ani ciągnikiem, ani nawet Uralem - zbyt duże prawdopodobieństwo wtopy.

Dalsze wieści wkrótce.

***

Dzięki namiarom od Roberta Sienkiewicza, via Polska, Paweł znalazł mnie dziś w lesie, pod drzewem, ledwo żywego. Miał wodę do picia!

W 3 dni ponad 60 km na nogach, w błocie do pasa, z akumulatorem na plecach... Nie mogę już chodzić, od wczoraj zresztą miałem problemy. Od wody zeszły mi paznokcie, mam rany na całych stopach i na każdej po 3 krwawe bąble wielkości pomidora. Żeby dzisiaj zdjąć buty i skarpety Paweł musiał mi je rozciąć...

Jutro trzecia próba wyciągnięcia samochodu, zaczynamy jakoś około 5-6 rano.

Wszystko przez tę cholerną "Żyłę wodną"...suka.....


969998_475750245837221_217836440_nPIĄTEK – SOBOTA:
ŻABA:

Stoimy na starcie do przedostatniego, najdłuższego odcinka - 124 km. Niby niedużo, ale skoro organizatorzy wyznaczyli limit czasu 22h, to może być prawdziwa masakra....
Trzymajcie kciuki!

***

Mamy awarię alternatora, auto zgasło i już nie odpaliło. To było 25h temu. Dwie załogi zawiozły nasz koordynat organizatorowi, ale nas olał i nie przysłał pojazdu ewakuacyjnego. Noc przy ognisku z benzyny w błocie, po kolana w wodzie. Po 24h oczekiwania mamy już tylko jedną butelkę wody i nic do żarcia.

Nie możemy dalej czekać. Mamy ok 16 km przez bagna do jakiejś drogi... Ruszamy... Komora zadziałała pierwszy raz od doby, 2 km od porzuconego auta. Nie dzwoni tylko sms. Próbujemy się przedostać do S15.

4lTOMEK STANISZEWSKI:
Po karach znaleźliśmy się na 7 pozycji. Protest nic nie dał. Na czwartym OS-ie wyrwało nam silnik i napęd z poduszek, opadając, uszkodził parę gadżetów. Z pomocą chłopaków z teamu Żaby i Adama Bomby zrobiliśmy auto do startu piątego OS-u. Nad ranem skończyliśmy remont. Start z przedostatniej pozycji - nie zaliczono nam poprzedniego OSu, bo urwaliśmy plombę z "łask Boga" zapisującego tracka. 4l2Początek piątego szliśmy dobrze, wyprzedzając kilka załóg, w połowie megabagna i znowu wyrwało nam napęd. Przy pomocy dźwigu z sosen podnieśliśmy silnik i wyjechaliśmy do drogi. Później przydrożny serwis i ogarniecie auta. Zdecydowaliśmy, że dalszy start autem w tym stanie uniemożliwi jego powrót na kołach do Polski. Tym akcentem kończymy ten megarajd. Z pierwotnie startujących chyba 19 załóg w TR1 na kołach sprawnych zostało jakieś 7. To była niesamowita zabawa, kompletny off-road i wielka przygoda. Szczególne podziękowania dla Arka Najdera, Socho i ekip Żaby i Adama Bomby oraz dla wszystkich, którzy trzymali kciuki:)

CZWARTEK
ŻABA:
To jest, k..wa, nieprawdopodobne! Nawet dziś, OS na wydmach, 650 metrów zapierdalania po tyczkach i... złapaliśmy gumę na prawym przodzie...Ktoś zrobił sobie naszą laleczkę i bawi się w voodoo? Przyznać się!

P1060179ŚRODA:
ŻABA:
Dzień wstał piękny, zresztą jak wszystkie poprzednie. Zupełnie jak nie my, bez problemu trafiliśmy na start. I w drogę. Zaczęło się dobrze. Wąskie przejazdy góra-dol po kilka pieter, wszystko między gęsto rosnącymi drzewami.

Trochę nie za dużego błota i głęboka na metr rzeczka ze stromym wyjazdem pod gore po otoczakach wielkości 60. litrowej beczki na olej. Szliśmy jak źli.

Po kolejnym zjeździe silnik znów wszedł sam na bardzo wysokie obroty i już z nich nie zszedł. Nie dało sie tak jechać po tych zjazdach, na dodatek groziło to w końcu przegrzaniem wiec wypięliśmy przepływomierz i ruszyliśmy dlalej z silnikiem w trybie awaryjnym. Moc znacznie zmalała, jednak podjazdom dawaliśmy radę. Ciągle przeciskając się miedzy drzewami zjechaliśmy w końcu na sam dół, a tam nasz ulubiony "trawnik" z toczką do wzięcia na samym środku, potem zwrot pod katem prostym i następna toczka na kursie po przekątnej gigantycznej polany. Spuściliśmy powietrze z kół i naprzód!

O dziwo, jest dość twardo, a może to już my jesteśmy wprawieni, ale szliśmy na kolach nawet tam gdzie nie wydawało się to możliwe. Do czasu... ale szybkie podpięcie do kępki krzaczków i dojeżdżamy na 64 m do toczki. Co istotne, tolerancja "tracklogera" to 50m + błąd GPS. W zasadzie poniżej 50m masz już dużą szansę na zaliczenie punktu. Staramy się nie odpuszczać powyżej 20m - tak na wszelki wypadek.

Widzę już ten wyimaginowany cel na wielkiej łące i podpięty do (o dziwo!) sporego drzewa konstatuję ze padły wentylatory, a silnik ma już 120 stopni...

Spinamy wentylatory na krotko z akumulatora ratując silnik. Wychłodzony. Zatopieni w kożuchu z traw zaczynamy szukać przyczyny. Dalej bez wentylatorów nie pojedziemy, a skoro coś się ciągle pali to może problem jest w nich. Pomysł jazdy z wentylatorami spiętymi na stałe z akumulatorem może nie być dobry i grozić pożarem, a tylko tego nam brakuje do szczęścia na tej lace... Mijają nas kolejne załogi... Gdzieś z boku już dawno przejechał Tomcat. Walczymy... i mamy winowajcę!

P1060169Spalony przekaźnik sterowania wentylatorów, k..wa.... potężny Warn od wyciągarki. jest tako gorący, że nie mogę odkręcić od niego kabli. W końcu się udaje, Spinamy na krótko, chłodzenie znów działa. W międzyczasie silnik ostygł, można "jechać" dalej... NIE MOŻNA!!! Nie działa rozrusznik!!! Nie możemy odpalić auta!!! Cholera, jesteśmy naprawdę w dupie...po "trawniku" na pych nie pójdzie Nowy rozrusznik, włożony 3 dni przed rajdem... Pierd... "Żyła wodna"... Ile można???!!!

Mam dość. Sięgam do skrzynki SOS i... biorę potężny łyk Nalewki Babuni. Przyjdzie nam tu nocować, trzeba się rozejrzeć za drewnem na ognisko. Z buta na metę jest 6 km po bagnach, potem 80 km do bazy, na pace Sprintera są jeszcze 2 rozruszniki. Potem z powrotem, wymiana i można się ciągnąć dalej. Perspektywa co najmniej średnia, ale dzien piękny, słonko świeci, więc trzeba rzucać monetą kto idzie po ratunek, a kto zostaje pilnować bryki i odganiać niedźwiedzie.

Na początek jednak próbujemy naprawy - znajdujemy długi patyk, na końcu taśmą na gada montujemy Gerbera i walimy skurwiela ile wlezie przez jedyną szparę, przez którą jest do niego dostęp... Wziął sobie do rozumu takie argument i po 20 minutach odpalił
Ruszamy dalej... jeszcze 14 metrów i mamy pewność zaliczenia tej toczki! W ruch idzie wszystko co mamy. Liny, szekle, trapy i napieramy! mamy fajne drzewo w miarę na wprost, tylko... lina zakleszczyła się na bębnie... usiłujemy ją wyciągnąć przez zblocze tylną wyciągarką... nic! Dobra, i tak już zaraz będzie po czasie, znów trzeba się poddać.

Tylny winch po własnych śladach, trapy, już po godzinie mamy obrócone auto i perspektywę 300 m do twardego. Jakoś się udaje. Później błądzenie na wyczucie po lesie i jesteśmy na drodze w jakiejś wsi. Cud! Stoi tu nasz serwis i ekipa Tomcata! Też nie dali rady...

Znów udało nam się obronić zaszczytne, ostatnie miejsce wśród tych, którzy jeszcze jadą dalej.
Serwis bierze się do pracy, my bierzemy się do kanapek.. nie pamiętam nic dalej...

Do bazy dojechaliśmy po czwartej rano, to dwudniowy obóz na brzegu Ładogi. Już wiadomo, że wysoki stan wody uniemożliwi spektakularny wyścig po plaży. Będzie tylko gońka po wydmach. Wstajemy po 4 godzinach snu. Szaro, buro i ponuro. Mży. Herbata, kawa i jajecznica na kupionym wczoraj boczku smakują lepiej niż śniadanie w Hiltonie. Maciek kończy elektrykę, Paweł z Krzyśkiem jadą po paliwo.

Permanent Happening, ale znów jedziemy dalej!!!






401135_475273099218269_290129312_nWTOREK
ŻABA:

"Żyła" nas nie opuszcza!!! Wierna suka!!!

Rano nic nie zapowiadało katastrofy... Poranek: piękne słonce, start o 13.00, więc jest czas na śniadanie i kawę przed wyjazdem na OS. Ruszamy tradycyjnie razem, Czerwony z Żółtym. Dojazdówka do startu 20 km, ale ruszamy z dużym wyprzedzeniem, żeby nie było niespodzianek. No więc są... Za nic nie możemy znaleźć odnogi prowadzącej na start, błądzimy po lasach i bagnach. Tomcat grzęźnie w jakimś lagrze... Hello, to jeszcze nie OS, to dopiero dojazdówka.

W końcu nam się udaje... minutę przed startem! Nie mamy nawet czasu dotankować auta. Ruszamy pierwsi i tankujemy zbiornik do pełna z kanistra już na trasie. Odcinek ma 10 km i limit czasu 5h. Trasa ułożona z 55 toczek. W okolicach piątej wtapiamy w jakiś lagier i zanim się wyciągniemy dogania nas Taxówka. Jak oni się cieszą... Urwało im antenę GPS, więc nie wiedzą, gdzie jechać, bo śladów nie ma 969877_475072022571710_1590979061_njeszcze dość wyraźnie założonych - startowaliśmy jako jedni z pierwszych. Postanawiamy, że pojadą za nami. Trasa po górzystym, bardzo zalesionym terenie z przewyższeniami około 60-70 m. Ilość ściętych pieńków na trasie jak piasku na plaży. Karpy, korzenie i kamulce. Umiera wspomaganie, drzew coraz więcej. Przy kolejnym nawrocie walimy w jedno z nich lewym przodem... niespecjalnie mocno, filmu nie urywa, ale auto gaśnie. "Żyła" robi swoje... samochód nie zapala. Nie robi żadna z pomp paliwa, zabrało zasilanie. Dobrze, że Krzysiek "ogarnia prądy", bo ja jako humanista mógłbym sobie z tym nie poradzić.

Po kilku chwilach zwątpienia i 50 minutach "w plecy" pompy "robią", zasilone na krótko z gniazda zapalniczki i ruszamy dalej. Z naprzeciwka, pod prąd trasy wraca Taxówka... Urwali panharda, poddają się.

My lecimy dalej - teren przeje..., ale przynajmniej "bałota" nie ma, gdzie nasze przyciężkie auto tonie i generalnie jest... no, mało konkurencyjne. Dziś jedziemy spokojnie, swoim tempem, większość na kołach, z rzadka wspomagając się wyciągarką. Tylko zawias i blacharka bardzo cierpią. Luzy we wszystkim straszliwe, co "toczkę" auto obrywa kolejne wgniecenia, ale idziemy dalej. Po kolejnym pionowym zjeździe mały "trawnik", kilka wtopionych aut. Spuszczamy się na same Stauny - jeden już nie robi i boczkiem, boczkiem - lecimy. Jest zdecydowanie twardziej niż na OSach I i II, większość idziemy na kołach mimo naszych 2230 kg. Trochę wyciągarki bez trakcji i jesteśmy po drugiej stronie! Wraca nasz optymizm!

941625_475271409218438_1590467540_nOS miał 55 toczek, mamy godzinę do końca limitu czasu i tylko 5 toczek do zaliczenia, około 500 m. Zaliczamy kolejną i... wtopa! Przednia wyciągarka łamie i wyciąga wszystko, co jest w okolicy. Coś nas trzyma za lewe przednie koło w megaleju... z lewej nic tylko krzaczki, z prawej skała na 8 m, tylko z porostami. Jest jakiś mały świerczek - czepiamy asekurację przez dach, auto trochę wychodzi nad korzeń, trochę do przodu, trochę w bok... świerczek pada! Kolejne przepięcia i w końcu jesteśmy na twardym, do mety chyba 300 m, chyba prosto i na kołach, ale jest 5 min. po limicie czasu!!! Na domiar złego, żeby dobić leżącego, rozciągany między skałami samochód rzeczywiście się rozciągnął! Zgięta klatka i prowadnica liny tylnej wyciągarki...

Powrót na kamp nie należał do miłych. W kabinie trzeci pasażer, PORAŻKA... Auto nie trafia w drogę, hamulców nie stwierdzono, jakieś zwarcia w elektryce - klakson sam trąbi co chwila...

***

W bazie chłopaki tez mieli przygodę - pojechali po zakupy i wbili sobie w oponę kamulec w kształcie grotu strzały i wielkości kilogramowej torebki cukru.

Red Rover - załamka! Auto zburzone.... Klatka pogięta, mocowanie tylnej wyciągarki i prowadzenie liny zmiażdżone, panhard zgięty, a dziura na śrubie mocującej go przypomina dużo za dużą ELIPSĘ, urwane haltpasy przedniego mostu, prawe przednie koło w zasadzie odpadło z piasty, lewa końcówka drążka kierowniczego - szrot, klocków hamulcowych na obu osiach nie ma, elektryka - jeden wielki happening i duże wyzwanie dla śmiałka, który to będzie naprawiał, każdy element 970860_474748372604075_1300684649_nnadwozia dostał, drzwi kierowcy otwierają się tylko od wewnątrz - zewnętrzna klamka została w lesie, maska połamana, prawa szyba się nie opuszcza przez wgniecenie w drzwiach. No można się trochę zmartwić, prawda...?

Serwis rzuca się na auto, nam trochę pary brakuje...

Wpadają chłopaki z Landpartsu, proszą o nasza lawetę... Ich Def został w lesie z urwanym zespołem napędowym. Zerwali wszystkie poduszki silnika i skrzyni biegów, to wszystko leży teraz na moście i wydechu.

Przywożą auto do bazy i zrzucają obok nas. Do pomocy rusza serwis Bomby ,,all hands on the deck'' . Co tu się dzieje!!!

Generalnie Red is ready.

Mamy 2 w nocy, walczymy z jeszcze tylko elektryką i estetyką, nie jest źle! Jeszcze zatankować , poskładać graty na pace serwisówki i spać. Jutro 80 km dojazdu na start, musimy ruszyć najpóźniej o 8.00 - spać trzeba więc szybko!

***

Są wyniki, dosłownie i w przenośni. Zajmujemy ostatnią, 10-tą pozycję spośród tych co nadal jadą. 5 załóg odpadło definitywnie. Ruszamy na start kolejnego OSu, ok. 80 km przejedziemy z zachodniego na wschodni brzeg Ładogi.

Wyniki serwisu - to chyba jasne - THE BEST OF THE BEST!!!

MA_E_DSC_0535_1PONIEDZIAŁEK:

ŻABA:
Nasze wyniki za 2 OS to 6 miejsce, Bomba jest na ósmym. W klasie jedzie 15 aut... Właściwie to jechało, bo jedzie już tylko 10.

Poprzedniej nocy Maciek z Pawłem walczyli z tylnym mostem do 4 rano i walkę wygrali! Wyregulowali luz na ataku i most nie wydawał wczoraj już żadnych dźwięków. Mieliśmy dla odmiany mały problem z elektryką, (pier.... ŻYŁA wodna....), coś nam się paliło pod deską, ale ma już być dobrze.

Odcinek był taki: 40 km dojazdówki, 11 km OS/limit czasu 5h i 44 km dojazdówki do obozu. Trasa wokoło morenowego jeziora, po "chodnikach" z kamulców wielkości koła 36", nierzadko dużo większych. Nigdy dotąd po czymś takim nie jeździłem... przyznam szczerze, że miałem wątpliwości czy auto da radę - ALE DAŁO!!!

***

Znów startowaliśmy z Yellow Taxi jeden po drugim i do pierwszego gołoborza dojechaliśmy wspólnie, my pierwsi. Niestety, gorzej wybrana trasa i Tomcat poszedł do przodu, a nasz Red Rover utknął między głazami, chcąc wydachować przez lewy bok. Akcja ratunkowa z asekuracją tylną wyciągarką przez dach i udało się wydostać opresji. Taxi już jednak odjechało, nie wiadomo nawet gdzie.

Walka trwała powoli, ale konsekwentnie. Dogoniły nas auta z grupy PROTO. W końcu przypomniała sobie o nas nasza znajoma... "żyła wodna" i dopadła nas ponownie. Zaczęło się od samoczynnego wzrostu obrotów silnika do 3,5/4 tys. Nawet ruszanie pod głazach nie przygaszało silnika. Automatycznie wzrosła temperatura i wentylatory na chłodnicy pracowały cały czas. Jazda stała się mocno utrudniona, sprzęgło zaczynało cierpieć. To jednak nie miał być koniec pułapki....

***

481532_474312865980959_1985824929_nPo pokonaniu kamiennych pól zostało nam się wyciągnąć z głębokiego wąwozu do lasu, po dość stromej ścianie. Wszystko wyglądało na na proste. Jak rzadko na Ładodze… Nie brakowało nawet mocnych drzew do podpięcia wyciągarki. Gdy tylko Krzysiek chwycił linę od wyciągarki, ta została mu w rękach... Spaliła się w rurze prowadzącej ją pod autem. Rura tylko w jednym miejscu idzie obok wydechu, ale cały dzień na wysokich obrotach w zasadzie stojąc w miejscu i bez wody z kałuży, która by choć trochę cokolwiek schłodziła.

Zaprawieni w pleceniu lin nie widzieliśmy problemu w naprawie... Niestety, wewnątrz rury, na ściance pozostała spalona otoczka nie pozwalająca przepuścić liny przez rurę. Las dał nam potrzebne narzędzie - długi, cienki kijek, którym, niczym wyciorem lufę Rudego 102, przepchaliśmy naszą rurę. Udało się w końcu przeciągnąć linę i ruszyć do przodu... po godzinie.

TOMEK STANISZEWSKI:
Wczoraj startowaliśmy z 2 pozycji, ale mieliśmy 30 minut opóźnienia po dojeździe do startu, dziś z 3. pozycji i godzina w plecy po awarii elektrycznej. Z metą w limicie. Jest ostro.

NIEDZIELA:
ŻABA:
I od rana znowu będą pochwały dla serwisu! Są najlepsi na świecie! Nie dość, że przywieźli na do bazy śpiących jak małe dzieci, to następnie tyrali przy aucie do 7. rano. Nawet blacharkę drzwi zrobili! Total wypas. A na koniec, zamiast pójść spać serwują nam jajecznicę na śniadanie - DEBEŚCIAKI!

W zaplataniu liny jestem już mistrzem świata... Po powrocie będę laskom plótł warkocze w wolnych chwilach, żeby się nie odzwyczaić i nie wyjść z wprawy... Po śniadaniu jeszcze mała kawa i w błoto. Mamy info od Bomby: Niestety Yellow Taxi również nie zmieściło się w limicie czasu - taryfa.

***

581260_474312335981012_415225756_nDzisiaj było 18 km, limit czasu 4h. Jazda po wysokich i stromych kamieniach + mały trawnik. My, niestety, nie daliśmy rady zmieścić się w limicie czasu. Auto ewidentnie nadal za ciężkie na trawniki, bo po skałach szliśmy równo z teamem Bomby - razy my, raz oni w przedzie, jednak różnica mas na kończącym odcinek błocie nas po prostu zabiła.

Porażki nie psują nam jednak humoru, zabawa trwa non stop. Na plażach uszkodziliśmy jedną felgę, ale Staun uratował sprawę. Na szczęście mamy też dwa zapasy.

Lina zapleciona rano trzyma jak nowa, auto generalnie (poza wagą...) bez zarzutu. Wiedzieliśmy czym jedziemy, więc nie ma specjalnego zaskoczenia. Cały czas myślimy jak auto odchudzić i za co przyjechać za rok.

***

Kolejna wymiana oleju w tylnym moście i zwolnicach... Warsztat podłączył podciśnienie od sterowania blokady pod odpowietrznik tylnego mostu. Blokady nie było, a most zassał wody do pełna... Oby nie zakończyło to naszej przygody... Most wydaje upiorne dźwięki, które, co gorsza, nasilały się od rana. Już nie tylko na odciążonym, ale pod obciążeniem wył jak potępieniec...

***

Okazało się, że padło łożysko na ataku, to właśnie było przyczyną mega wycia! Zapieczona nakrętka nie daje się odkręcić. 2:49 - Maciek grzeje ją palnikiem, WALCZYMY!


SOBOTA
ŻABA:

K...Pier...... pasmo porażek!

Zaraz na początku, na mega trawniku urwała się lina przedniej wyciągarki... prawie dokładnie w połowie! Praktycznie bez żadnego obciążenia! Usiłowania zaplecenia i wciągnięcia jej z powrotem w prowadnicę się nie udały. Wycofując się na twarde elektrykiem, urwało sterowanie tylnej blokady.... oczywiście w pozycji nie zapiętej ;->

429785_474112726000973_486421933_nNa twardym szybka wymiana liny i dalej... W megagęstym i podmokłym lesie natrafiliśmy na UAZ-a, w którym dosłownie wybuchł silnik, a auto zostało zaklinowane między drzewami, utopione w megabłocie. Akcja wyciągnięcia kolesi zabrała nam ponad godzinę. Niestety, po ich wyciągnięciu, chcąc dalej kontynuować jazdę, w tym samym miejscu, z którego ich wyjęliśmy sami spuściliśmy sobie na głowę 3 solidne sosny. Dzięki Bogu za zewnętrzną klatkę... Bez niej byłoby naprawdę słabo... Akcja piły, siekiery i znów odwrót raczej mocno utrudniony gęstością leśnej "zabudowy". Gdy znowu stanęliśmy obok zepsutego UAZ-a okazało się, że szanse na zmieszczenie się w limicie czasu pokonania odcinka (6h na 18 km) już nie istnieją... Ostateczny odwrót...

Na początek Ładoga nas pokonała. Nie odpuszczamy. Przegraliśmy jedną bitwę, ale walczymy o wygraną w wojnie!

***

Teraz pozytywy: MAMY NAJLEPSZY SERWIS JAKI MOŻNA SOBIE WYOBRAZIĆ!!!

Chłopaki ogarniają temat perfekcyjnie! Sprinter z otwartą paką, przypiętą lawetą i rozłożonymi do wjazdu trapami czekał tuż za metą odcinka. Obok nasz kamper z gorącą herbatą i kawą. Z odcinka wjechałem prosto na lawetę i zanim wysiadłem z auta dwóch ludzi już dopinało pasami auto. Na otwartej pace czekały przygotowane suche ciuchy i ręczniki. Załadunek niczym serwis w F1!
Po kilku chwilach oba wozy jechały już w kierunku bazy. Żeby nie tracić czasu Krzysiek właśnie bierze prysznic, a ja w salonie przy kawie sprawdzam maila. Do bazy 120 km, my idziemy spać a chłopaki nas wiozą, żeby zaraz po dojechaniu całym zespołem rzucić się pod auto, by na rano było gotowe.





 


Tomek Staniszewski (24.05.2013): 

Dzisiaj mieliśmy badanie techniczne, poszło ok. Musieliśmy tylko zakleić wszystkie swoje reklamy, a szczelność apteczki sprawdzali, zanurzając ją w wiadrze z wodą.
Auto na razie bez zarzutu, po 1300 km trasy Gdańsk - Sankt Petersburg z dodatkami. Miasto piękne, możemy pozazdrościć.
Jutro oficjalny start i pierwszy dzień topienia.
Dystans 222 km, a w tym - uwaga! - 13 km OS na czas z limitem na przejechanie tegoż odcinka 5 godzin:) Chyba szybciej się idzie...
Zapowiada się prawdziwy off road. Całość trasy w naszej klasie ma 1314 km, w tym 188 km odcinków specjalnych z limitem jakieś 58 godzin.
Rosyjskie auta wyglądają jak amfibie na Super Swamperach - wojskowe koła, chyba, bo u nas nawet takich nie ma.

Pierwszy raz widzę też taki road book, który ma około 1 000 punktów z podanymi koordynatami - trzeba je sobie odszukać, znaleźć i dojechać, zachowując tolerancję 50 metrów wokół punktu.
Z tego co widzę, to dzisiaj jest nasza ostatnia noc, ostatnie mycie paszczy
i ostatni sen na ten tydzień.

Pakowanie zabawek:
ladoga1

Oklejanie auta i zaklejanie naszych reklam:
ladoga2

Zmiana kół na granicy bo chcieli nam oclić koła zapasowe. Takie tam zabawy z ruskimi celnikami:
ladoga3

Plombowanie pudełka co ma nas śledzić i sprawdzać, czy nie przeskakujemy dalej niż 50 metrów od zadanych punktów. Co je przykleiłem w jakimś rozsądnym miejscu, to słyszałem „Bed soluszyn”... Aż wywaliłem taśmę na pół szyby i wtedy było ok.:
ladoga4

Start:
ladoga5

Petersburg, 25 maja 2013, godz. 06:51
Żaba: Petersburg rano, zimno, 14 stopni, o 10.00 oficjalny start. Jak zwykle na placu pod Soborem Issakowskim. Zaraz ruszamy w tamtą stronę... 

 

20130525_090052

 

IMG_6301m


CZYTAJ TAKŻE: LR Defender 2.0 MPI na Ładoga Trophy 2013 – projekt wysokooktanowy


*****

Są takie miejsca (i rajdy) na świecie, o których odwiedzeniu marzy każdy off-roader. Dla jednych to Ameryka Południowa i Dakar, dla innych Rainforest Challenge w Malezji. Kiedyś mekką naszych przeprawowców była Chorwacja, która jakiś czas temu miejsca ustąpiła Rosji, gdzie organizowana jest Ładoga Trophy. Rajd inny niż pozostałe, bardzo specyficzny i piekielnie (zdarzały się nawet wypadki śmiertelne) trudny. Oczywiście Polaków nie mogło na nim zabraknąć.


IMG_1081Po ubiegłorocznym występie naszej dość licznej reprezentacji, tym razem wschodni cel obrały dwie doświadczone załogi z Warszawy. Red Roverem wystartuje powracający po latach do Rosji Witek „Żaba” Fedorowicz, a Tomcata-Taxi poprowadzi zaprawiony w bojach na Ładodze Adam Bomba. Oba auta przydzielone zostały do klasy TR-3. Na liście uczestników widnieją ponadto Rafał Płatek z Kielc (Jeep Wrangler - klasa TR-2) oraz  Janusz Adam Adamski ze Szczecina, który zgłosił do startu Land Rovera w klasie TR-1. Z „Żabą” mieliśmy okazję porozmawiać tuż przed wyjazdem z Warszawy. Na zdjęciach możecie podziwiać nowe wcielenie jego Range RED Rovera.
 
- Czemu znów Ładoga..? - zastanawia się Witek. - Bo to największa przygoda, jaką przeżyłem w terenie, a bawię się w to już od 20 lat! To będzie już trzecie moje spotkanie z tym rajdem. Od ostatniego upłynęło sporo wody, bo aż 9 lat. Przez cały ten czas marzyłem, by tam wrócić… i się udało!,)

Witka do wyjazdu zmobilizowała okrągła, 10. rocznica jego pierwszego występu w Ładodze. W 2003 roku planował start swoim słynnym Żabogazem (CZYTAJ: Żabogaz (2003) - Witold "Żaba" Fedorowicz) wraz z ówczesnym pilotem Stanleyem. - Niestety prowadzona przez naszego kumpla przebudowa auta nie zakończyła się w terminie i zostaliśmy z chęciami, ale bez auta - opowiada. - Plan wyjazdu na Ładogę miał również Krzysztof Turchan, on z kolei miał samochód, a nie miał pilota. I tak przypadek połączył nas z Krzysztofem na kolejne 2 lata. Wiele by można o tym mówić, współpraca była wyjątkowo udana i pełna upojnej zabawy, a nasza przyjaźń tak wybuchowa, jak tylko może być między Warszawiakiem i Krakusem. Ta Ładoga z 2003 roku dała nam w kość jak żaden inny rajd wcześniej i już wiedzieliśmy, że chcemy tam wrócić! (CZYTAJ: Wot Rossija - Ładoga Trophy 2003) Krzysztof zbudował w tym celu specjalnie nowe auto – tym razem Range Rovera i w 2004 roku zajęliśmy II miejsce w klasie TR3. Jak do dziś jesteśmy więc nie tylko pierwszymi Polakami na Ładodze, ale i jedynymi, którzy stanęli na podium tego rajdu (ZOBACZ: Range Lover (2004) - Krzysztof Turchan).

Dwukrotnie 4. miejsce w Ładodze wywalczyli Marcin Łukaszewski i Magda Duhanik, którzy sprzedali już jednak swego SAM-a i szykują się do rajdów cross-country. Witek, choć również próbował rajdów szybkich (dwa razy był na El Chott), pozostał przeprawowcem, w którego pamięci Ładoga wciąż była żywa.

- Wiele rzeczy się zmieniło, ale emocje są tak samo silne jak za pierwszym razem! - mówi. - Nadszedł czas, by zmierzyć się z Ładogą po raz kolejny, tym razem w roli kierowcy własnego auta. Podobnie jak w 2003 roku tak i teraz dużo spraw związanych ze startem było dziełem przypadku i rozwiązywało się w ostatniej chwili. Z mim pilotem Krzysztofem Siwieckim jedziemy wspólnie po raz pierwszy. Z pilotem było w tym roku też jak kiedyś – znalazł się przez przypadek i jak zwykle w ostatnim momencie,) Z „pilotami” to była zresztą osobna historia... „gwiazdy”,)

Żaba poprowadzi do boju Range Rovera 3.9 V8, zbudowanego na bazie doświadczeń auta, którym startował z Turchanem w 2004 roku. W ramach przygotowań do tegorocznej Ładogi auto zostało poddane gruntownej kuracji odchudzającej. - Dostało się w ręce Zielonego, tego samego kumpla, który nie zdążył z przygotowaniem Gazika 10 lat temu,) - śmieje się Żaba. - Tym razem się udało,) Przebudowana została cała tylna część auta. Zostały tylko rury, a między nimi zbiornik paliwa, chłodnica i akumulator. Do mostów z blokadami (przód Kam, tył Maxi Drive) zostały zamontowane zwolnice Maxi Drive. Koła Simexy 35x10,50 zostały zamienione na 36x12,50 + Stauny. Wiem, wiem, że to nie Super Swamper, ale kasy już nie starczyło,) Reszta normalnie: Star + elektryk na tył. Dużo syntetycznej liny...

Celem polskiej załogi RED Rovera jest przede wszystkim dobra zabawa, bo - ...o zabawę i przygodę właśnie w tym wszystkim celebrity news głównie chodzi - mówi Witek. - Choć nie mam zamiaru negować, że czasem do głosu dochodzi też ambicja i ukryta gdzieś żyłka sportowa. Skupimy się na dojechaniu do mety i zabawie, a co ma być, to będzie! A korzystając z okazji, chciałbym podziękować Zielonemu za to, że tym razem tylko ,,prawie'' nie zdążył,) Adamowi Sasowi za nieprawdopodobne rabat w sklepie Expedycji. Maćkowi Chełmickiemu za całokształt pomocy. Firmie opentravelers.com za kasę i wiarę w happening! Katarzynie Kaczmarskiej za mapę i chęć pożyczenia kół,) Ewie Głowackiej - już ona wie za co - i Krzysztofowi Turchanowi za wszystko...

Polacy są już w drodze na start Ładoga Trophy 2013, która rozpoczyna się 25 maja i potrwa do 2 czerwca. W miarę możliwości sprzętowo-duchowo-internetowych będą nam przesyłać relacje. Pozostaje nam tylko... ściskać kciuki!

AreK, fot. Żaba