Land Serwis

Wot Rossija - Ładoga Trophy 2003

- Acha, Wy z Polszy... – stwierdził bez entuzjazmu mężczyzna o niedobrym spojrzeniu. Mimo chłodnego przyjęcia, niezrażeni Krzysztof Turchan i Witold „Żaba” Fedorowicz wystartowali swym Land Roverem w mało znanym w Polsce rajdzie Ładoga Trophy, ale – jak się okazało – niesamowicie trudnym i wymagającym - zajmując w swej klasie 7. miejsce.

Początek wyprawy do Rosji na rajd miał miejsce... w Malezji, gdzie podczas zawodów Rainforest Challenge do startu w nim zachęcał Krzysztofa Turchana pewien rosyjski dziennikarz. Lepszego miejsca na reklamę nie mógł znaleźć – malezyjski rajd to w powszechnej opinii najtrudniejsza „przeprawówka” świata. Jak się okazało, Rosja ze swym bogactwem terenu, wcale nie musi być gorsza od Malezji. Dziewięć dni jazdy, nieustający deszcz i potworne zimno, tysiąc dwieście kilometrów wokół jeziora Ładoga, a przede wszystkim katorżnicze odcinki specjalne. Choć najdłuższy z nich miał zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów, na ich pokonanie organizatorzy wyznaczali kilkunastogodzinny limit czasu, który często jednak okazywał się zbyt kategoryczny. – Trasa była niesamowita, wymagająca - zarówno doświadczenia, jak i wszechstronności – mówi z emocją Witold „Żaba” Fedorowicz, który pilotował samochód. – Zmierzyliśmy się z każdym niemal rodzajem terenu, od kamieni po wydmy piaskowe, ale głównie była to walka z potwornym błotem. I to błotem po horyzont! Oprócz tego ja, minimum raz dziennie, pływałem w jakiejś rzece, jeziorze, lub po prostu bagnie.

Dla Witka, zwanego w towarzystwie„Żabą”, woda - jego naturalne środowisko – nie była jednak największą przeszkodą. Dużo trudniej było pilotować samochód, stosując się do wytycznych dla GPS-a, o którego konieczności posiadania zapomniano wspomnieć w regulaminie. To nie jedyna niespodzianka, jaka spotkała Polaków ze strony organizatorów. Nieodgadnione były przyczyny, dla których Land Rover Polaków zakwalifikowany został do klasy najwyższej TR-3, w której jechały bardzo zmodyfikowane auta na ogromnych kołach. Obok samochodu Polaków, którego opony były zdecydowanie mniejsze, w grupie tej startowała również niemal seryjna Łada Niwa, a więc bynajmniej nie terenowy potwór, a także profesjonalnie zbudowana od podstaw terenówka nazywana – nie wiadomo czemu - Toyotą. - Wot Rossija – stało się ulubionym i najczęstszym powiedzeniem naszych zawodników.

Start Ładogi Trophy wyznaczony był w Petersburgu, skąd po oficjalnej ceremonii samochody udały się (niektóre z fantazją pędząc po zatłoczonym mieście z prędkością 120 km/h) na pierwszy OS. Czternaście kilometrów z piętnastogodzinnym limitem czasu? To chyba jakiś żart... – Początkowo też tak myślałem – mówi Krzysztof Turchan. – Zaraz po starcie jechaliśmy leśną, rozoraną drogą, którą dotarliśmy do podmokłej łąki. Tu ujrzeliśmy mnóstwo unieruchomionych w błocie maszyn konkurentów. Wszędzie słychać było jęk zarzynanych wyciągarek. Na szczęście były drzewa. Po kilku przepięciach za pomocą naszego „mechanika” (wyciągarki mechanicznej – przyp. AK), pokonaliśmy to miejsce, wyprzedzając sporo rywali, co rozbudziło w nas optymizm. Dalsza jazda przypominała szarżę przez las stada pijanych nosorożców – wszystkie auta, bez zbytniej troski o przyrodę, pędziły ławą przed siebie. Wszystko do momentu, kiedy wyjechaliśmy na kolejną łąkę. Hektar bagna. Żadnych drzew. Wysiadłem z auta i zapadłem się po pas. „Żaba” pobiegł rozpoznać drogę. O ile czołganie się po pływającym kożuchu roślin można nazwać biegiem... Jedyna przejezdna droga zatarasowana była przez wtopioną Toyotę. Próbowaliśmy im pomóc, pożyczyliśmy trapy, ale rezultatu nie było widać. Czas uciekał, więc zdecydowaliśmy się ich ominąć. Pół metra w prawo i utonęliśmy po maskę. Dopiero przy wzajemnej pomocy załóg, które nadjechały za nami, oraz Toyoty, której udało się wydostać z opresji, przeprawiliśmy się przez to miejsce. Totalnie wyczerpani, z awarią napędu wyciągarki, po niezliczonej ilości „wtop” dotarliśmy do mety po ośmiu i pół godziny walki. A więc nieźle. Czterdzieści jeden aut na sto dwadzieścia w ogóle nie dojechało do mety...

Kolejne etapy wyglądały bardzo podobnie. Dzielna postawa Polaków oraz ich życzliwy stosunek do innych załóg sprawiły, iż nasi zawodnicy szybko zaleźli przyjaciół, którzy pomagali im w biedzie, czyli na trasie. Również w obozach, w których nocowali, czekało ich miłe przyjęcie i opieka. Jedni pożyczyli suche ciuchy, inni brakujące części i potrzebne narzędzia („nasi” jako jedni z nielicznych nie posiadali własnego serwisu), a Lena, żona mieszkającego w Rosji Polaka Marka Getki, który również brał udział w rajdzie, zawsze pamiętała o ciepłym posiłku i herbacie.

Mimo kilku awarii i dwóch dyskwalifikacji, z który jedna była niesłuszna, a druga co najmniej osobliwa, nasza załoga – co najważniejsze - dotarła do mety rajdu, zajmując w dodatku siódme miejsce w swojej klasie. Holując samochód rywali, o czwartej nad ranem, bo dziewięciu dniach katorgi dojechali do obozu, gdzie nie mieli już nawet siły na rozbicie namiotu. Nakryli więc przemoknięte śpiwory plandeką i skonani zasnęli. Jedno jest pewne. Są na tym świecie rajdy, o których nawet nam się nie śniło...

text: Arek Kwiecień, fot. Witold Fedorowicz

Ladoga_2003_DZ Witoldem Fedorowiczem rozmawia Arkadiusz Kwiecień

- celeb news Dwukrotnie zostaliście na rajdzie zdyskwalifikowani. Dlaczego?
- Decyzje sędziów były kuriozalne. Czasami odnosiliśmy wrażenie, że nas po prostu nie lubili. Za pierwszym razem pod okiem jednego z nich pokonywaliśmy przeszkodę polegającą na przejeździe przez kamienistą rzekę. Obszar przeszkody został otaśmowany. Ponieważ w wodzie utknęło kilka aut, nie przekraczając linii taśm, wjechaliśmy do rzeki w innym miejscu niż oni i szybko znaleźliśmy się na drugim brzegu. Potem okazało się, że do rzeki powinniśmy wjechać w ściśle określonym miejscu, który posiadał nawet współrzędne GPS. A przecież w regulaminie nie było mowy o konieczności posiadania urządzeń satelitarnych! Nasz protest został rozpatrzony... pozytywnie, w efekcie czego otrzymaliśmy – nie wiadomo czemu - wydumaną karę dziesięciu godzin. Drugą dyskwalifikacją ukarano nas za dotknięcie chorągiewki na jednym z odcinków szybkościowych. U nas jest to zwykle niewielka kara, u nich dyskwalifikacja z etapu...

- Jakim autem startowaliście?
- Był to samochód Krzyśka Turchana – zmodyfikowany po raz któryś tam z kolei, dlatego przezywany „Serią IV”, Land Rover. Najważniejsze modyfikacje, jakie zostały w nim zastosowane to dwustukonny silnik 4,2 l pochodzący z Range Rovera, mechaniczna wyciągarka ze Stara oraz – nowość na polskim rynku – mosty ze zwolnicami Maxi Drive’a.  Samochód poza nielicznymi awariami (zerwana lina wyciągarki, przebita opona) okazał się niemal bezobsługowy.

- Zamierzałeś wystartować w Rajdzie Berlin-Wrocław, ale podobno Twoje plany musiały ulec zmianie...
- Niestety tak. Prace nad samochodem, który przygotowywaliśmy na ten rajd, nie zostały na czas ukończone. W zawodach przyjdzie mi więc uczestniczyć tylko w roli kibica...

Artykuł opublikowany w "Giełdzie Samochodowej" , nr 54/2003 (810) z dnia: 8 lipca 2003 roku