Land Serwis

Finał Croatia Trophy 2015. Maratońska międzynarodówka

8 dni walki w niedostępnych, chorwackich górach i lasach, gdzie wyzwaniem bywa pokonanie „zwykłych” dróg dojazdowych. Przeszkody, które swą różnorodnością i trudnościami potrafią zaskoczyć nawet terenowych wiarusów. Kilkadziesiąt załóg z całej Europy reprezentujących najwyższy poziom umiejętności. Taka jest właśnie Crotaia Trophy – niepowtarzalna, zaskakująca i wciąż dzika.

Kilkanaście lat temu w Chorwacji czuło się jeszcze atmosferę niedawnych wojen, których namacalnym świadectwem były spotykane w lasach ostrzeżenia przed polami minowymi i poranione kulami fasady domów. Ostatnimi czasy Chorwacja wykonała cywilizacyjny krok naprzód, wstąpiła do Unii Europejskiej, otwarła granice, ale jej lasy pozostały te same. - Można je porównać do Bieszczadów, w których nie da się jednak organizować całotygodniowych rajdów z etapami o długości 40-60 kilometrów – mówi Wojtek Gołębiowski, który wziął udział w tegorocznej edycji zawodów w parze z Tomaszem Dargaczem. – Na pewno drugiej takiej imprezy nie ma w Europie. Na Magamie, którego organizowałem, być może zdarzały się trudniejsze przeszkody, a zwłaszcza trawersy, których brakowało mi na Bałkanach, ale na „Croatii” każdego dnia, przez wiele godzin trzeba non stop napierać, pokonywać mnóstwo większych i mniejszych przeszkód, walczyć w bagnach i koleinach.

Croatia Trophy ma specyfikę maratonu, w którym decydującą sprawą jest równe rozłożenie sił, aby ich nie zabrakło na ostatnich kilometrach. Wymęczone terenówki po wielu dniach walki wykazywały coraz mniejszą chęć do dalszej jazdy, mimo iż na horyzoncie majaczała już linia mety.

- Po drodze nas również nie omijały problemy wynikające głównie z faktu, że jechaliśmy niedużym pojazdem, na 30-calowych kołach, po trasie rozjeżdżonej już przez większe maszyny – opowiada Wojtek. - celebrity gossip Na „Croatii” jest zasada, że załogi startują według wyników uzyskanych na wcześniejszym etapie. Gdy raz wypadnie się z czołówki,  trudno do niej powrócić, bo trzeba wówczas jechać po śladach najlepszych załóg. A nietrudno sobie wyobrazić jak wygląda trasa, gdy pokonało ją kilkanaście czy kilkadziesiąt załóg na agresywnym ogumieniu i zwolnicach.

Startujący w klasie Adventure Can-Am Maverick, którym poruszali się Polacy, długo dotrzymywał kroku najlepszym załogom, plasując się nawet w czołówce etapów. Niestety przed startem 6. etapu zawodnicy zdiagnozowali w nim awarię bezstopniowej przekładni. Całodniowa naprawa nie przyniosła rezultatu i ostatecznie na 2 dni przed końcem rajdu musieli zrezygnować z dalszej rywalizacji.

- Może wcześniej pojechałem za szybko, za ostro? - zastanawia się Wojtek Gołębiowski. - Na „Croatii” lepiej walczyć konsekwentnie, bez szaleństw, bo nawet 30-minutową stratę z poprzedniego etapu bez trudu można nadrobić w kolejnym dniu zawodów. Cóż, awarie się zdarzają – tak już bywa na naszych rajdach. Na pewno nie żałuję, że wybrałem się na te zawody. Oceniam je bardzo dobrze, nie zauważyłem większych błędów w roadbooku (choć czasem w lesie trudno było się połapać ze względu na ich specyficzne oznakowanie, czyli „kropki” na drzewach – ale nie było to aż tak wielkim problemem). Bardzo mi się podobała międzynarodowa atmosfera rajdu, ogromny biwak rozbity w zwykłym polu, a nawet postkomunistyczny hotel, w którym spaliśmy, z podgrzewanym basenem. Ale to już za nami. Teraz myślami jestem przy kolejnym starcie w Poland Trophy.

Croatię Trophy 2015 ostatecznie zwyciężyli – w klasie Extreme: Jim Marsden i Wayne Smith (którzy kilkukrotnie stawali już na najwyższym miejscu podium CT i których możecie znać m.in. z Breslau Poland) oraz w klasie Adventure: Victor Stolyarchuk i Maxim Kamyshow.

Text: Arek Kwiecień, fot. Robb Pritchard / World4x4 Magazine