Land Serwis

Na półmetku Croatii Trophy 2015. Nie czas na relaks

Croatia Trophy pod wieloma względami wyróżnia się na tle innych rajdów przeprawowych organizowanych w Europie. Zawodnicy, którzy w maju udają się na Bałkany, by rywalizować w słynnym ekstremie, mogą być pewni, że monotonia ich nie czeka.

Organizatorzy rajdu dbają o to, by niemal każdy etap różnił się od poprzedniego, o czym w tym roku zaświadczyć mogą nasi reprezentanci: Wojtek Gołębiowski i Tomek Dargacz, Obok więc tradycyjnej przeprawy przez las, która w chorwackiej wersji oznacza walkę na trasie o długości nawet 70 km, której nie powstydziłyby się nasze maratony, zawodnicy mają okazję, by porównać swe siły na etapie nocnym, w rywalizacji drużynowej, a także w wyścigu na terenowej pętli. Na nudę nikt tu nie narzeka i pewne jest, że każdy znajdzie tu dla siebie coś miłego.

Po „standardowych” (ale bardzo długich) etapach przeprawowych w piątek i sobotę, na których poprzestałby niejeden rajd ekstremalny, w niedzielę zawodnicy stanęli na starcie etapu drużynowego. Podczas Trophy Day zespoły łączą się w grupy, które wspólnie walczą o zwycięstwo. -  w przeróżnych dyscyplinach. Załogi z ekstremu musiały na przykład, wzajemnie się wspomagając, pokonać megatrawers, na dodatek tak precyzyjnie, by nie dotknąć chorągiewek.

-  Dla nas, czyli dla klasy Adventure, jedno z zadań polegało na przeprawie 2 załóg przez bagno, podczas gdy pozostałe 2 ekipy z naszej grupy musiały objechać je wokoło, by następnie pomóc tym, którzy walczyli w błocie – opowiada Wojtek Gołębiowski. – Próbę pokonaliśmy błyskawicznie, ponieważ oba pojazdy wyznaczone do przeprawy, w tym mój Maverick, pokonały ją na kołach bez zatrzymywania się. Tego dnia wszyscy znakomicie się bawili. Etap ten idealnie pasował do charakteru niedzieli.

Po „odpoczynkowym” Trophy Day zaordynowano etap nocny (z niedzieli na poniedziałek), który przypomniał, dlaczego Croatia Trophy zaliczana jest do najtrudniejszych rajdów ekstremalnych w Europie. Załogi znów wyruszyły w daleką podróż przez górzyste lasy pełne stromizn, błota i kolein.

- Tym razem spotkało nas trochę problemów... - wspomina „Gołąb”. - Najpoważniejszym była awaria przekładni kierowniczej, która unieruchomiła nas w zupełnie niedostępnym miejscu. Naprawa pojazdu zajęła nam sporo czasu; w bazie pojawiliśmy się dopiero o 4 nad ranem. Mój Can-Am nie ma tu niestety łatwego życia... Najtrudniej jest nam pokonywać głębokie koleiny wyżłobione przez maszyny leśne i ciężkie terenówki na zwolnicach. Na jednym z etapów zmieliliśmy pasek napędowy. Czasem w tych ekstremalnych warunkach zawodzi sprzęt, czasem zawodnicy. Ale chyba nie ma tu załogi, która nie borykałaby się z większymi lub mniejszymi problemami. My startujemy tu po raz pierwszy, uczymy się nowych rzeczy, przeżywamy wspaniałą  przygodę!

Po wyczerpującej nocy w poniedziałek na zawodników czekał etap tym razem o sportowym charakterze. Był nim wyścig wyznaczony na 6-kilometrowej pętli, którą należało pokonać czterokrotnie. Załogi startowały „falami” - w każdej było po 8 samochodów, dzięki czemu na przeszkodach nie tworzyły się korki. Dodatkowym zadaniem była konieczność zjechania do „pitstopu”, ściągnięcia koła, przebiegnięcia z nim odpowiedniego dystansu i ponownego założenia. - To trochę nas zaskoczyło, bo do walki wyruszyliśmy... bez podnośnika - śmieje się Wojtek. - Ale znaleźliśmy na to sposób. Wybrałem stanowisko, przy którym rosło coś, co można nazwać „drzewkiem”, a co wystarczyło jednak do podpięcia liny tylnej wyciągarki i uniesienia pojazdu. Etap poszedł nam bardzo dobrze – gdybym nieco bardziej się sprężył, byłaby szansa na zwycięstwo, ale i tak zajęliśmy miejsce w ścisłej czołówce.   

Na celebrity news zawodników czekają jeszcze trzy dni morderczej walki. Każdy etap oznacza ciężką, bardzo urozmaiconą przeprawę przez lasy, której towarzyszy narastające zmęczenie maszyn i ludzi. - To zupełnie inna bajka! Rajd w żaden sposób nie przypomina zawodów, które znam z Polski, Malezji czy Węgier - mówi Wojtek Gołębiowski. - Góra, dół, błoto, bagno, koleiny, las... – to zupełnie inne warunki niż te, które znamy. A jako wieloletni organizator „Magamu”, wiem, o czym mówię. Nie byłbym w stanie wyznaczyć takich odcinków w Miastku. Etapy są bardzo długie. Oj, można się tu najeździć! I nie są łatwe. Bez pomocy serwisu Rafała Ciepłego, pewnie wciąż bylibyśmy „w lesie”. Rajd bardzo mi się podoba, panuje na nim fajna atmosfera. Żałuję, że nie startowałem w nim wcześniej!

Text: Arek Kwiecień, fot. Robb Pritchard / World4x4 Magazine, Gedmantas Kropis