Land Serwis

Jeszcze o Pucharze Polski ORPL – w krainie deszczowców

Tydzień po zakończeniu pucharowych zmagań w Nowej Dębie Roman Popławski zdaje nam relację z ciężkiej walki na rozmoczonej trasie poligonu. - To była świetna walka ze świetnymi zawodnikami - mówi. - A każdy, dopóki walczy, jest zwycięzcą.

Minął tydzień, czas na podsumowanie naszego udziału w Pucharze Polski Off-Road 2013. Program tegorocznego Pucharu został skrócony do jednej edycji. Nowa Dęba, czyli znane tereny – byliśmy tam już nie raz i wydawało się nam, że wiemy czego się spodziewać. Off-road to jednak sport, który ciągle zaskakuje, tak było i tym razem.

Program rozłożony na cztery dni. Wydawało się trochę długo jak na pięć etapów, jednak czas dłużył się tylko w czwartek, kiedy to na godzinę 17 został zaplanowany prolog, na znanym już torze motocrossowym w Nowej Dębie. W powietrzu wisiała burza i... tuż przed prologiem dolało. Około 40 aut ruszyło do widowiskowego wyścigu o pozycję startową do etapu pierwszego. Nauczeni doświadczeniem przyjęliśmy taktykę zrobienia prologu na 4-5. miejscu i tak się stało. Przecieranie trasy na poligonie nie jest łatwe i zawsze lepiej jest gonić niż uciekać.

W piątek o 7 rano start do pierwszego etapu. Auto sprawne i błyszczące, my wyspani, pogodne niebo, tylko jechać! Jak zawsze ostro wystartowaliśmy – specyfika terenu, niby znana, a tu szok! Tak mokrego poligonu nie pamiętamy. Jechaliśmy bardzo dobrym tempem, jednak już same dojazdówki, które w Pucharze są liczone do sumarycznego czasu, okazały się off-roadowym wyzwaniem. To nie było cross country jak innymi razy. Bardzo dynamiczna przeprawa na zalanych drogach i pasach czołgowych. Blokady mostów zapięte non stop!

Po pół godzinie jazdy objęliśmy prowadzenie. Teraz już tylko utrzymać tempo, ale próba jazdy po zakrzaczonej krawędzi błotnistego pasa czołgowego w ułamku sekundy wpędziła nas w kłopoty. Strzał w jakiś pieniek i stoimy bokiem z urwanym wąsem przekładni kierowniczej. To nie tragedia – mieliśmy zapas. Wymiana trwała niecałe 10 min. W tym czasie jednak zostaliśmy wyprzedzeni przez cztery załogi. Ruszyliśmy w pościg teraz już bardziej zdecydowanym tempem, wyprzedziliśmy wszystkich i przed nami znowu czysto.

Nawigacja na poligonie, gdzie są tysiące dróg, była wyzwaniem. Po mokrym piachu buksujące wciąż koła dobijały odległości na metromierzu i pomyłka była niemal nieunikniona. Można by przytoczyć przysłowie, że ,,prędzej w drewnianym kościele cegła na głowę spadnie”, niż to, że na drodze, w którą omyłkowo skręciliśmy, trafimy na wykopany głęboki dołek. Trafiliśmy prawym kołem i ,,dzwon”! Spustoszenie w naszym zawieszeniu było straszne. Zgięte dwa wahacze, wał pędny i co najgorsze kolejny urwany wąs przekładni. Mimo to auto byłoby w stanie jechać, choć nie mieliśmy kierowania. W takiej sytuacji budzi się zmysł MacGyvera. Związany liną mechanika drążek z urwanym wąsem bardzo powoli pozwolił nam osiągnąć metę etapu. Ponieważ nie byliśmy w stanie zrobić dwóch ostatnich odcinków specjalnych, przyjęliśmy 4 godziny kary. Tak wylądowaliśmy na 9. miejscu.

Następny etap startował o godzinie 14, więc mieliśmy nieco ponad dwie godziny na naprawę auta. Wszystkie części były  w zapasie, więc to nie problem. We trójkę bardzo sprawnie udało się wszystko wymienić i nawet okazało się, że przedni most nie został zgięty, a blokady nadal działały.

Drugi etap: załamanie pogody i trasa pokonywana tym razem pod prąd, która stała się już bardzo wymagająca. Słuszną okazała się decyzja o zmianie opon z Simexów na Swampery. Zaczęła się świetna jazda. Zalane czołgowiska, a przede wszystkim odcinki specjalne nasze auto po prostu pożerało i tylko kontrolka rezerwy paliwa nie pozwalała wciskać gazu do deski. Wynik przyszedł sam, udało się wygrać drugi etap.

Przerwa na serwis i odpoczynek, do następnego rana. Auto przeżyło tym razem bardzo dobrze, więc nie było zbyt wiele pracy… Tankowanie, mycie szyb i po robocie. Siódma rano w sobotę... znów dolało! Startowaliśmy jako pierwsi, wiedząc, że opady zmodyfikowały trasę. Ale tym razem obyło się bez problemów. Bardzo spokojnie utrzymaliśmy tempo, jadąc bezbłędnie pokonaliśmy trasę i oesy znów na pierwszym miejscu, choć różnice między naszymi konkurentami były niewielkie. Auto sprawne, zatankowane pod korek i start do czwartego, popołudniowego etapu. Deszcz nie ustawał, trasa choć znana, bo pokonywana już po raz czwarty, ale za każdym razem bardziej rozjechana i mokra. Nie można było jechać na pamięć, bo org ciągle zmieniał kolejność oesów, więc nawigacja wymagała nieustannego skupienia. Zrobiło się zimno, więc pojawił się problem zaparowanych szyb, których żaden celeb gossip nadmuch nie był w stanie osuszyć, bo ciągle woda, woda i woda… Nawet silnik nie mógł złapać temperatury. Jechaliśmy prawie ciągle na zblokowanych mostach, dociągając pasy, aby nie odbijać się o sufit i rozprawialiśmy, że to chyba cud, że ta maszyna wytrzymuje takie katowanie. Znów się udało - dojechaliśmy z najlepszym czasem.

Ale tu już entuzjazm stopniał przed perspektywą ostatniego, nocnego etapu. Rzęsisty deszcz nie zapowiadał niczego dobrego. Skończyły się żarty i atmosfera wśród zawodników zrobiła się nerwowa. Tak naprawdę wszyscy bali się ,,nocki”. Ubrani w wodery i nieprzemakalne kurtki stanęliśmy na starcie. Było nerwowo. W ostatniej chwili… katastrofa - nie mam czołówki! Najszybszą na świecie autolawetą, nasz zapasowy pilot, Marcin, rzutem na taśmę dowiózł mi światło na minutę przed startem.

To był hardcore!!! Z głowami wystawionymi na zewnątrz jechaliśmy szybko, za szybko. Wycieranie szyby nic nie dawało. Kłęby pary wydostające się spod samochodu, kiedy trzeba było zwolnić w kolejnej wielkiej wodzie, stawiały mleczną ścianę, której nie były w stanie przebić najmocniejsze lampy. I stało się... Metromierz przekłamywał, nic nie było widać i w końcu przestrzeliliśmy drogę, którą trzeba było jechać. Odnalezienie jej zabrało nam około 10 minut, a wtedy dogonił nas ,,Misio” (Mariusz Niemiec). Czyli nie opłaciło się jechać tak szybko... Przez dłuższy czas w kłębach pary, które za sobą zostawiał, nie mogliśmy go nawet zaatakować. Wjechaliśmy na oes, a tam już obaj mieliśmy ciśnienie. To była dość długa, bagnista łąka z mnóstwem ukrytych pni i rozrytych kolein. Cięliśmy się o każdy metr, podnosząc ogromne chmury dymu i pary. Gdyby ktoś popatrzył na to z boku, pewnie by się uśmiał! Kiedy już wydawało się nam, że jesteśmy blisko końca oesu – ogromne zdziwienie! Nasz konkurent Sławek Kowalski jedzie pod prąd! Myśląc, że pomylił trasę, w spokoju pojechaliśmy dalej. Jakież było zdziwienie, kiedy okazało się, że na oesie, zawinęliśmy kółko i wróciliśmy na start. To już nie żarty! Straciliśmy naprawdę sporo. Ale maszyna dała z siebie wszystko i nie wysiadając z auta, udało się nam ich obu wyprzedzić. Tak już pozostało do końca. Dojechaliśmy do mety i chwila prawdy – kto następny? Niczego nie byliśmy pewni, bo mocno napierał Marcin Małolepszy, który przyjechał z czasem tylko o pół minuty gorszym. Udało się! Ostatni etap też na pierwszym!

Teraz tylko czekać na generalkę. Ostatecznie w klasyfikacji pucharowej pomimo wygranych czterech z pięciu etapów zajęliśmy drugie miejsce. Walczyliśmy do końca, a jak mówi motto Sławka Kowalskiego ,,Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. Etapy miały długość około 50 km, czyli niby nie były bardzo długie. Każdy pokonywaliśmy w czasie ok. 1,5 godziny, ale to wystarczyło, aby poczuć się nasyconym, tym bardziej że pogoda sprawiła, że piaszczysty poligon nie był plażą, a naprawdę ciężkim, off-roadowym wyzwaniem. To była świetna walka ze świetnymi zawodnikami - kiedy staliśmy rozbitym autem na trasie, każdy zatrzymał się, pytając, czy nie potrzebujemy pomocy! Tacy są ludzie przeprawowego off-roadu… i niech tak zostanie. Pozostała tylko opustoszała baza rajdu przed hotelem Szypowski, może za rok znów… Nasz kolejny start był możliwy dzięki naszym partnerom: Dragon Winch, Elpigaz, Sata, Bush Taxi, którzy wspomagają nasze starty i promują ten niesamowity sport. Dziękujemy, z Wami możemy jechać… na maxa!

Text i foto: Roman Popławski