Land Serwis

Rafco i Kuraś na Transgranica 4x4 2017 – do trzech razy sztuka!

20 Pazdziernika 2017

W 2017 plan startów naszej załogi był jak zwykle skromny. Nidzica (misja Kozłowo) i Transgranica 4x4 – tylko dwie imprezy. W międzyczasie trafił się rajd pod domem – Szlakami Juriego – gdzie wystartowaliśmy jak zwykle bez przygotowania. Już na dojazdówce coś waliło w tylnym moście, a wraz z upływem czasu i zdobywania kolejnych pieczątek most całkowicie przestał reagować. Atak i koło szlag trafił. Po rajdzie... Nidzica odwołana – szkoda, rajd amatorski, ale zawsze z fajnym klimatem. Pozostała Transgranica – trzydniowa impreza w Gołdapi. Trzy lata temu był straszny wstyd, dwa lata temu przejechaliśmy prawie całe 2 dni i polegliśmy z powodu awarii pompy, więc tym razem chcieliśmy po prostu wyjeździć całą imprezę, ale…

IMG 0080 1 1Zmielony tylny most to spory koszt dla naszej załogi. Auto stało rozebrane, a my szukaliśmy okazji w internecie. Nic jednak nie trafiliśmy – choć w między czasie zastałem w okolicy LJ70-kę w fatalnym stanie blacharskim, ale właściciel zarzekał się, że auto będzie odrestaurowane – trzymam kciuki. Termin rajdu zbliżał się coraz szybciej. W sierpniu udało mi się nawiązać kontakt z panem Janem Kopiczko z Suwałki 4x4, który miał części o tych samych przełożeniach. Niestety z jakiegoś powodu nie pasowały do naszego mostu. A więc atakujemy serwis Toyot chyba z największym doświadczeniem w ich serwisowaniu, czyli ekipę Wyprawa4x4. Jedyne informacje o tym moście mamy takie, że pochodzi od LJ70, ale konkretów oprócz przełożeń brak. Towar przylatuje z Australii, znowu coś nie pasuje. Do rajdu tydzień. Właściciel obiecuje, że złoży wszystko do kupy i będziemy mogli startować.

Rajd zaczyna się w piątek, dyfer dochodzi w czwartek  Sukces! Kuraś montuje, sprawdza i dzwoni rano, obwieszczając gotowość do rajdu. Działa. Jeszcze tylko pobita wcześniej szyba do wymiany i będzie ok. Wieczorem dzwoni Kuraś – nowa szyba zbita...  Zakładamy gogle i ruszamy!  Niestety - Socho przykłada dużą wagę do sprawności auta i nas pewnie nie dopuści. Rezygnujemy? Ale Kuraś się nie poddaje. Po raz pierwszy widziałem jego tak duże zaangażowanie. Rano w piątek znajduje szybę u kolegi w Samuraiu i przekłada do naszego auta. 

Hurra, ruszamy po południu. Wodery, kaski i pasy zapakowane. Grzejmy do Gołdapi. Jesteśmy wieczorem, cholernie zimno. Trwa prolog, mało załóg w porównaniu z zeszłym rokiem, my atakujemy hotel, żeby ciut się ogrzać. 

KK7J2284 1

Biurokracja trwa bardzo długo, nie zdążamy na prolog, ale zajadamy się gorącą zupą i kartaczami. O 20 odprawa – coraz zimniej, od 22 start, a w międzyczasie koncert. Wracamy do hotelu, bo muza nie w naszym guście, a termometr leci w dół w okolice zera. W pokoju brak ogrzewania. Kuraś ucina drzemkę...

Przed 22 atakujemy. Oes CAMP – blisko startu, podzielony na 3 partie. Nie robimy żadnej. Na pierwszej partii stoją dwa zepsute auta, jedno murowanego pretendenta do wygranej z załogi GlobPrint. Oes dla mnie straszny sam w sobie, zjazd i podjazd tuż na głęboką rzeką, dalej już nie szedłem ze strachu i zimna. Lecimy na oes Tama i piła – w zeszłym roku fajnie nam poszedł, trochę błota, rów, odpuszczamy dwie trawersowe pieczątki w środku, na których wisiał Uaz. Ostatnią w bagnie też odpuszczamy i rura na następny oes Geodeta. Pierwsza pieczątka ciężka ze spadkiem do rzeczki, druga już w rzece, trzciny już białe od mrozu, odpuszczamy, wpadniemy rano i będziemy kombinować jak zjechać. Wyciągamy jeszcze jakieś auto z turystyka i wracamy. Wpadamy do hotelu w limicie czasu i spać. W hotelu dalej zimno – prośby o włączenie ogrzewania nic nie dają – brak fachowca. No więc kurtki, polary i pod kołdrę.

Rano pobudka, genialny widok z okna na wschód słońca nad jeziorem graniczącym z Obwodem Kaliningradzkim. Nosy czerwone. O 8 śniadanie, później walka. Ciepły prysznic, choć na ciepłą wodę musiałem czekać dobre 10 minut i o 9 start. Lecimy na Geodetę z zaprzyjaźnioną ekipą w Patrolu. Bierzmy tylko ostatnią pieczątkę i ruszamy dalej. Dojazdówki genialne – szerokie, twarde szutry w odkrytym terenie, ciasne ślepe zakręty - bajeczka, roadbook fajny z dwoma małymi błędami, ale zawsze można zadzwonić do komandora rajdu. Następny oes Wilkasy – ekipa z Suwałk robiła go w nocy z kompletem. Rzeczka plus kilka głazów, w których kleszczą się koła. Początek spokojnie, w miarę możliwości omijanie kamieni, w środkowej części otaśmowany trawers z dwiema pieczątkami. Pierwsza idzie gładko, choć w woderach ciężko mi się chodzi po górce. Druga trudniejsza, opieramy się na drzewie prawą stroną, dachówka trzeszczy aż w końcu… pęka nasza sfatygowana klatka. Wyrwało kawałek, ale na szczęście zjeżdżamy z zaliczoną pieczątka. Dalej rzeczka i głazy i kolejna taśmowana partia trawersowa. Bez dachówki nie da rady. Omijamy i bierzemy jeszcze pieczątki z rzeczki i koniec. Idealny oes.

KK7J1509 1

Kolejna próba to „lotnisko”. Na dojeździe witają nas dwa wielkie łosie – pierwszy raz w życiu widzę te zwierzaki na żywo. Nie boją się terenówek, sędziowie z odcinka mówią, że do nich podchodziły i im też zrobiło się ciepło w gaciach   Odcinek trawersowy - my bez kawałka tylnej klatki, ale też bez długiego pasa na drzewo. Wracamy do bazy – pół godziny jazdy, zabieramy taśmę, przyjmujemy słodkości, kawę i powrót. Pierwszą pieczątkę udaje się zrobić bez asekuracji. W Kurasia wstępuje jakaś nadprzyrodzona odwaga i fajnie na kołach pomyka po trawersie. Druga pieczątka wymaga już asekuracji. Kiedyś UAZ-em jeździliśmy bez wyciągarki na taśmach, to i tym razem musi się udać. Stare sztuczki z wyczynu sprawdzają się i kolejna pieczątka podbita. Dojazd do trzeciej pokonujemy, przeciągając się mechanikiem i prowadząc dwa koła w rowie, a dwa po twardym. Tu spotykamy sympatyczną załogę z Torunia i razem podejmujemy decyzję, ze pieczątki nr 4 i 5 nie damy rady zrobić. Sędzia wypuszcza nas przez taśmy i lecimy dalej na Piękną Górę.

To najwyższy szczyt w okolicy (272 m n.p.m) z dwoma wyciągami narciarskimi. Znam tą górkę tylko z jazdy na desce, ale żeby jeszcze terenówką po niej jeździć? Może być niespodzianka. Oes podzielony jest na dwie partie. Sekcja trawersowa i błotna. Trawersowa to stromy podjazd pod wyciąg krzesełkowy. Stopień trudności porównywalny z walimskimi górami na „Polandzie”. Dla czołówki polskiego offroadu bułka z masłem. Dla nas za „grubo”, tym bardziej że bez trawersówki. Odpuszczamy i lecimy w sekcję błotną, którą bardziej nam sprzyja. Wjazd na górę i genialne widoki na okolice. Jest też obrotowa restauracja, ale my dziś chcemy delektować się jazdą, a nie jedzeniem. Czekamy aż trzy auta z turystyka zrobią pieczątkę w rowie – swoją drogą mi byłoby szkoda męczyć takie samochody w tak trudnym terenie, ale kto bogatemu zabroni? Dalej po górkach do sekcji błotnych. Spotykamy załogę z Olsztyna z zaprzyjaźnionego Patrola. Oni wpadają pierwsi, my za nimi. Oni wklejeni, a my „butem” obok nich. Bagienko po progi, a później strumyk. Sekcja błotna zaliczona z kompletem. Słońce zachodzi, robi się coraz zimnej, czasu mamy jeszcze sporo. Zostały nam jeszcze dwa oesy Obszernik,i na którym polegliśmy z zeszłym roku i Suwalska. Ten drugi to trawers, więc nawet nie próbujemy po ciemku go robić. Na Obszerniki daleko, kabel od nawigacji spadł na wcześniejszym oesie na wałek i urwała się wtyczka. 

KK7J2363 1

W roadbooku jest jakiś błąd – odpuszczamy. Jedziemy jeszcze raz na Geodetę. Atakujemy pierwszą pieczątkę nad rzeką tyłem. Grupa Litwinów służy do asekuracji: trzymają taśmę, a my na mechaniku opuszczamy się do pieczątki. Zrobione! Na kolejną pieczątkę brak odwagi, ciemno, zimno – wracamy!

W hotelu niby ogrzewanie włączone, ale nasz pokój ostatni, więc rurki zimne. Nękam Panią z recepcji w nieskończoność, aż lituje się nad moją osobą i z zaplecza wyciąga grzejnik. Hura! Podłączam - nie działa... K….a czy to tak będzie do końca? Na wakacje tu nie przyjechaliśmy, ale minimum komfortu by się przydało. Między ręcznikami a pościelą Pani znajduje drugi – jest upragnione ciepło. O 20 bankiet. My wpadamy wcześniej. W restauracji też zimno, ale dania gorące. Zajadamy się jakby jedzenia nikt nam nie dawał przez tydzień. Zapijamy zimnym (a jak!) piwkiem i do łóżek. Bankiet nas omija, ale nie było sił na tańce... Auto całe, jakiś drobny wyciek oleju z silnika, ale jest szansa, że po raz pierwszy pojeździmy jeszcze w niedzielę.

Rano pobudka, start o 10. Ruszamy na Obszerniki. Znamy ten oes z poprzedniego roku. Na starcie czeka tylko Balkon – znany nam fotograf. Peszy nas jego osobowość, ale po krótkiej pogawędce okazuje się, że to swój chłop! No i robi genialne zdjęcia z niczego. Socho mówił, że będzie głęboko, więc obchodzę pierwszą partię, na której jest tama zrobiona przez bobry. Usuwam dzieło bobra – pewnie po rajdzie sobie poprawi – spuszczam trochę wody i wjeżdżamy – filozofii zero – cały czas na mechaniku. Uważamy tylko na podwodne pułapki, które wyłapałem wcześniej, a na które nadziała się później jedna załoga z Suwałk. Głębszą wodę robimy dość szybko, końcówka bardziej płaska, ale ziemia trochę nas wciąga. W zeszłym roku suche drzewo spadło nam na auto i uszkodziło zbiorniczek, w tym roku sytuacja była ciut inna - znowu podpinam się pod jedyne drzewo (suche, ale grube), które tym razem próbuje mnie upolować! Spada metr ode mnie, a gdybym się przypadkowo nie odsunął, nie byłoby mi do śmichu... Konar leży oczywiście tak, że utrudnia dojazd do ostatniej w tej sekcji pieczątki. Kilka przepięć liny i udaje się wyjechać. Druga partia to już fest lagier. Bardzo wąsko, dość głęboko, a pod wodą zwalone w poprzek drzewa. Oes pod quady, albo na wymęczenie sprzętu. 

KK7J2429 1

Odpuszczamy. Czasu dużo, szukamy różnych możliwości. Wpadamy na Suwalską. Trzy taśmowane trawersy. Grubo. My z wyłamaną klatką nie damy rady. Brak wiary i chęć powrotu do domu ze zdrowym kręgosłupem bierze górę. Razem z ekipą z Torunia odpuszczamy i jedziemy na oes Camp – pierwsza partia do zrobienia za dnia. Ruszamy pierwsi – zjazd na kołach w stronę rzeki, ale żeby nie było za łatwo z dziurami, a nasze auto o wykrzyżu słyszało tylko z opowieści. Podjazd na mechaniku i kawałek trialu. Meta. Socho zalicza dwie pieczątki. Czekamy jeszcze na „pierników”, żeby w razie czego pomóc i koniec zabawy.

SUKCES! Po raz pierwszy przejechaliśmy na Transgranicy pełne trzy dni Duże brawa dla organizatora, świetnie (choć dla nas czasami za bogato) przygotowane oesy. Doskonały roadbook, pogoda (w przyszłym roku Socho musi położyć więcej na tacę, żeby było odrobinę cieplej). Baza rajdu, klimat bez ciśnieniowców. W naszej klasie wygrali Rosjanie zmotą przygotowaną na Ładogę, drugie i trzecie miejsce dwie ekipy z Suwałki 4x4. Gratulacje! My gdzieś dalej. Nasz start nie doszedłby do skutku i z tego miejsca chcę podziękować Kurasiowi za fajną jazdę, Jankowi z Jawan4x4, Wyprawie 4x4 za cierpliwość i poskładanie tylnego dyfra, oraz firmie Łukosz – polskie mięso i wędliny za wsparcie naszej załogi.

Za rok wracamy na Transgranicę!!! Mam nadzieję, że z nową klatką...

Text: RAFCO, fot. Jacek celebrity news Balk