Land Serwis

Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą – relacja Marcina Małolepszego z II rundy Poland Trophy 2015 w Sokółce

Choć od II rundy Poland Trophy w Sokółce minęło nieco czasu, a na łamach Terenowo.pl publikowaliśmy już relację z tych zawodów, chcielibyśmy na chwilę do nich powrócić, zapraszając Was do lektury relacji, którą przesłał nam zwycięzca klasy Extreme - Marcin Małolepszy startujący w parze z Łukaszem Kożuchowskim za kierownicą niezwykłego Jimny Evo6. Czytając ją, możecie zobaczyć, z jakimi problemami borykają się zawodnicy na trasie, poczuć ich emocje i towarzyszące zmaganiom zmęczenie, a na koniec - radość z odniesionego zwycięstwa. Polecamy!
Redakcja


Marcin Małolepszy:

Rajd zaczął się od prologu na żwirowni niedaleko Sokółki. Prolog to krótki odcinek, który pokonuje się na czas pomiędzy taśmami. Przejazd trwa zazwyczaj nie więcej niż 5 minut. Najfajniejsze jest planowanie trasy. Przed startem pokonujemy oes na nogach, oglądając każdy zakręt i przeszkodę. Tyle że podczas jazdy wszystko dzieje się tak szybko, że... z reguły nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć, która to przeszkoda i co czeka nas dalej. W pamięć zapadają jedynie najtrudniejsze momenty na trasie, o których absolutnie nie można zapomnieć, bo konsekwencje mogą wykluczyć naszą załogę z dalszej rywalizacji. W Sokółce prolog jak zwykle kryje wiele niespodzianek. Głębokie, malownicze rowy wyżłobione przez wodę spływającą z góry żwirowni miejscami mają głębokość jednego metra. Podczas pokonywania takich miejsc musimy mocno zmniejszyć prędkość, aby nie zostawić zawieszenia.

20150619 150726Czas osiągnięty na prologu decyduje o kolejności startu do odcinka nocnego. Zwykle celujemy tak, aby wylądować w okolicy 3-5. miejsca. Założenia założeniami, ale w momencie kiedy stajemy na starcie, adrenalina rośnie i szybko zapominamy o planach. Odliczanie i start! Myśli biegną dwutorowo. Po pierwsze - walczyć o zwycięstwo, mimo że wygrana na tym odcinku niewiele znaczy. Co zrobić, gdy wewnętrzny głos namawia, by jechać tak szybko, jak tylko się umie. Na szczęście rozsądek podpowiada, by uważać na auto, bo to dopiero początek rajdu i szkoda by było zakończyć go na tym etapie. Kotłujące się myśli, potężny zastrzyk adrenaliny i krótka trasa sprawiają, że nie wiedząc kiedy, meldujemy się na mecie. Przedstartowe założenia diabli wzięły - wykręcamy 2. czas, ale nie żałujemy, bo jazda w trudnym terenie sprawiała nam ogromną przyjemność.

Endorfiny szybko się ulatniają. Zaraz po prologu zauważamy, że mamy uszkodzony układ kierowniczy. Na szczęście w niewielkim stopniu, ponieważ wciąż da się jeździć. Wspólna decyzja: jedziemy ostrożniej, może awaria nie będzie się pogłębiać. Wprawdzie koła przednie są trochę zbieżne, ale da się z tym żyć.

Start do etapu nocnego wyznaczony jest na godzinę 18 z rynku w Sokółce. Niby to nic takiego - może ktoś powiedzieć - co to za różnica, czy wystartujemy z rynku, czy z bazy? Ale naszym zdaniem ma to ogromne znaczenie. Atrakcyjna lokalizacja, bogata oprawa i tłumy kibiców sprawiają, że udział w tak zaplanowanej imprezie sprawia jeszcze większą radość. Najmilsze są pytania, na które czasem trudno znaleźć odpowiedź: "A ile pali na 100 km?", "A jaką ma moc?"... Nierzadko słyszymy opinie: "Fajne to auto. Off-road to super pasja, też bym tak chciał... Gdzie można was pooglądać?" W takich chwilach czujemy się wyjątkowo i nabieramy jeszcze większej ochoty do walki.

Na etap nocny składają się cztery oesy pokonywane na czas. Limit na ich przejechanie to 8 godzin. Pierwszym wyzwaniem jest trawers. Szybkie rozpoznanie i jedziemy! Jak to bywa na rajdach, od razu zaliczamy wpadkę. Zapominamy włączyć blokady i auto zakopuje się w piachu na podjeździe. To nie problem, gdyż mamy wyciągarkę mechaniczną. Łukasz szybko podpina linę i po kilkunastu sekundach jechalibyśmy dalej, gdyby... nie awaria. Niestety winch odmawia posłuszeństwa. Długo się nie zastanawiamy, podpinamy zblocze i przeciągamy linę od wyciągarki elektrycznej, tak aby wyciągała auto do przodu. Wyciągarka do asekuracji jest dużo słabsza, wolniejsza i ma cienką linę. W ten sposób uciekają nam cenne sekundy. Odcinek na szczęście nie jest długi i po kilkunastu minutach docieramy do mety odcinka.

T20150620 131158am robimy krótkie rozpoznanie. Diagnoza: wyciągarka uszkodzona, ale powinna działać. Wjeżdżamy więc na drugi oes - tym razem bagno i dużo wody. Dla nas to idealne środowisko. Pierwsze podpięcie wyciągarki mechanicznej sprowadza nas jednak na ziemię. Niestety awaria okazuje się poważniejsza niż sądziliśmy i znów zostajemy bez podstawowego wincha. Krótka wymiana zdań z pilotem i w myśl hasła „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą” podpinamy wyciągarkę do asekuracji, tak aby ciągnęła nas do przodu i jedziemy dalej. Kilka przepięć po bagnie i dojeżdżamy do upragnionej wody, która jest na tyle głęboka, że pozwala nam przepychać auto bez używania wincha. Łukasz niczym strongman przeciąga kilkadziesiąt metrów auto po wodzie. Na koniec musimy jeszcze kilka razy podpinać wyciągarkę elektryczną i wreszcie lądujemy na mecie. W moim odczuciu trwa to nieskończenie długo.

Kolejna refleksja. Nie da się tak jechać w extremie! Musimy coś z tym zrobić. Decydujemy się na telefon do przyjaciela. Potrzebna jest spawarka i kawałek warsztatu. Pomocy udziela nam Ignacy, dzięki któremu możemy kontynuować udział w zawodach. Jedziemy na warsztat i rozpoczynamy naprawę, a po około 2 godzinach wracamy do gry.

Trzeci oes to próba idealna dla nas. Znaczną część trasy pokonujemy, płynąc, a siłą napędową są ręce pilota. Naprawioną wyciągarkę używamy tylko raz.

Na koniec organizator przygotował dla nas długi trawers po piasku między drzewami. Po przyjeździe na tą próbę udajemy się na rozpoznanie. Próba ma wysokim stopień trudności i jest mocno zakorkowana. Kalkulacja: czy jedziemy, czy czekamy. Czasu coraz mniej... Trawers długi, a limit czasu kończy się za dwie godziny. W kolejce stoimy blisko 30 min. Gdy w końcu ruszamy na trasę, początek idzie gładko - znaczną część pokonujemy na kołach, a później kilka razy używamy wyciągarki mechanicznej. Później popełniamy jednak błąd i pechowo klinujemy się między drzewami. Nie mamy się do czego zapiąć, a zerwana lina od wyciągarki dachowej daje znać, że jest naprawdę źle. Czas leci nieubłaganie, a my jak zwierzę w potrzasku próbujemy się uwolnić. Sytuacja staje się nerwowa. Jedna zła decyzja i ucieka wiele bezcennych minut. Po wielu próbach i przepięciach wyciągarek - na zmianę: dachowej i przedniej mechanicznej, udaje nam się wreszcie uwolnić i pojechać dalej. Ufff....

Idzie w miarę gładko. Widzimy już załogę, która wystartowała dużo wcześniej i... nagle staje się to, czego najbardziej się obawialiśmy. Awarii ponownie ulega spawana na szybko w garażu u Ignacego przednia wyciągarka mechaniczna. Pełni zwątpienia stoimy przed stromym podjazdem po piasku. Pojawia się pomysł, aby odpuścić ten odcinek, bo to nie ma sensu. Nie da się przecież walczyć w extremie za pomocą wyciągarki do asekuracji, która jest wyposażona w linę syntetyczną 8mm. Wtedy ponownie przypomina nam się powiedzenie: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”! Pierwsza rzecz, którą musimy ustalić, to długość próby. Pilot idzie na zwiady i po chwili przynosi radosną nowinę. Jeśli uda nam się wspiąć na górę i pokonać na kołach stromy trawers, będziemy uratowani. Nie tracąc czasu, podpinamy przez zblocze wyciągarkę dachową i ciągniemy się pod stromą górę po piasku, co chwilę pomagając kołami, aby odciążyć cienką linę. Docieramy na szczyt. Euforia! Teraz głęboki oddech i gaz w podłogę. Nachylenie tak duże, że żadnym innym autem bez asekuracji nie odważyłbym się przejechać tego fragmentu na kołach. Udaje się, jesteśmy na płaskim. Teraz tylko kilkaset metrów po płaskim i wreszcie upragniona meta.

Próbujemy oszacować, jaką możemy mieć lokatę. Zaliczyliśmy komplet nocy, ale w naszym odczuciu zrobiliśmy to dwa razy wolniej niż było to możliwe. Motywacja spada. Nie naprawiamy auta, jedziemy na bazę, aby wypić zasłużone piwo i do spania. Rano będziemy się martwić! Pojawia się myśl, aby tu już odpuścić, bo to nie jest jazda, tylko męczarnia. Walka w extremie bez sprawnego "mechanika" przypomina harówkę w obozie pracy. Rano odpuszczamy odprawę, aby się dobrze wyspać.

Idziemy zobaczyć wyniki, aby upewnić się w przekonaniu, że dalsza walka nie ma sensu. I tutaj ogromne zaskoczenie! Po nocy zajmujemy pierwszą lokatę z 30 minutami przewagi nad drugą załogą. Jak to możliwe? Przecież wszystko szło jak po grudzie. Momentalnie zmieniamy nastawienie o 180 stopni. Zapada decyzja: naprawiamy wyciągarkę mechaniczną, musimy tylko zaliczyć start do odcinka dziennego.

Zaraz po starcie ładujemy auto na busa i lecimy na warsztat. Znów spawarka w ruch. Po około 2 godzinach wyciągarka odzyskuje sprawność. Problem w tym, że spawanie żeliwa nie jest zbyt wytrzymałe... Postanawiamy obchodzić się z nią jak z jajkiem, zwijać najwolniej jak to możliwe, pomagając jej kołami. Lepiej jechać wolno na mechaniku, niż przeciągać się wyciągarką do asekuracji.

SAM 0746Wybija 12, gdy startujemy do pierwszego odcinka. Na początek głęboka woda. Gdy docieramy do niej, nikogo już tu nie ma. Trasę znamy po nocy, więc bez oględzin od razu ruszamy. Znów wystarczy tylko popychać auto, które samo płynie. W takich chwilach zawsze z pilotem myślimy o wodnym napędzie, który pozwoliłby nam na jeszcze szybsze pokonywanie przepraw. Próba okazuje się łatwa i przyjemna. Kilka minut, jedno podpięcie na mechaniku i jesteśmy na mecie.

Drugi oes to niekończący się trawers, który pokonywaliśmy na zakończenie nocy. Ale tym razem poruszamy się w przeciwnym kierunku. Przeżywamy déjà vu - na tarsie korek, więc na start czekamy blisko pół godziny. Wwreszcie ruszamy i już po kilku metrach doganiamy załogę Stanga, która - grając fair play - przepuszcza nas przed siebie. Wielki szacun dla nich! Za dnia oes okazuje się dla nas wymarzoną próbą. Mechanika używamy kilka razy, a reszta pokonujemy na kołach bez asekuracji. Jak się później okaże, na etapie dziennym wyciągarki do asekuracji nie używamy w końcu ani razu - w nocy napracowała się solidnie, robiąc za przednią, więc należy jej się zasłużony odpoczynek...

Na trawersie przypadkowo zrywamy taśmę. Teoretycznie powinniśmy otrzymać za to karę 30 minut, ale na szczęście sędzia główny nam jej nie nakłada. Moim zdaniem za przypadkowe zerwanie taśmy powinno obowiązywać 5-10 minut obligatoryjnej kary, a nie aż 30 min., które może być bardzo celeb gossip krzywdzące. Nie zawsze jest wiadomo, czy taśma została zerwana umyślnie czy przypadkowo. Myślę, że wyrażam zdanie wielu zawodników - kara powinna być delikatniejsza. Natomiast celowe, niesportowe zerwanie może być naszym zdaniem karane nawet dożywociem!;)

Ostatecznie na trawersie uzyskujemy czas 19 minut, co oznacza, że pokonujemy o kilkanaście minut inne czołowe załogi. Pora na trzeci oes, czyli długie bagno z wodą. Jedziemy swoje! Bardzo wolna wyciągarka mechaniczna utrudnia nam walkę, poruszamy się powoli, ale cały czas do przodu. Czas nie jest najlepszy, ale dla nas zadowalający. Plan jak na razie realizowany w 100%. Zero błędów. Jedziemy bardzo spokojnie. Cały czas pamiętamy, że mamy 30 minut przewagi i słabo działającą wyciągarkę mechaniczną, którą musimy oszczędzać.

SAM 0744Czwarty oes to krótki trawers. Najpierw idziemy na oględziny, aby dokładnie zaplanować trasę przejazdu. Zostało nam sporo czasu do wyczerpania limitu, więc nie ma co się spieszyć. Na oesie jest tylko jedno niepokojące miejsce: leżące drzewo, nad którym trzeba przejechać. Problem w tym, że leży na trawersie i nie obędzie się bez kombinacji z wyciągarką mechaniczną. Ruszamy! Adrenalina buzuje. Spora liczba kibiców sprawia, że chce się jechać jeszcze szybciej. Z doświadczenia wiemy jednak, że w takich sytuacjach popełnia się najwięcej błędów. mamy szansę osiągnąć bardzo dobry wynik, więc nie możemy się poddawać emocjom. Szybko docieramy do zwalonego drzewa, a pilot podpina wyciągarkę mechaniczną. O dziwo poszło gładko. Nadspodziewanie gładko! Dwie przepinki i drzewo pokonane. Ruszamy dalej. Stromy, piaszczysty podjazd z bocznym nachyleniem. Pełna moc i jedziemy. Niestety nie docieramy do szczytu. Próbujemy zatrzymać się, ale... nie ma hamulca! Szwankował już na poprzednim trawersie, ale podpompowanie pozwalało jeszcze na sprawny przejazd. Tym razem wciskanie pedału nie pomaga. Auto stacza się, nabierając rozpędu. Milion myśli! Czy z tyłu jest drzewo? Czy jak walniemy w coś, to czy nie uszkodzimy zawieszenia? Nie wiemy co nas czeka. Ale mamy sporo szczęścia. Za nami nie ma żadnej przeszkody, opieramy się o taśmę, która naciąga się, jakby była z gumy, ale nie pęka. Znów przez głowę przelatuje nam krzywdzący zapis o karaniu zawodnika dużą karą 30 minut za nieumyślne zerwanie taśmy. Tym razem upiekło nam się i jedziemy dalej. Nabieramy rozpędu i podjazd robimy na kołach. Potem kolejny zakręt po piasku w dół i znów do góry przy dużym nachyleniu. Auto jedzie jak przyklejone, gdyż środek ciężkości ma niżej o kilkanaście centymetrów niż jakiekolwiek inna rajdówka startująca w naszej klasie. Docieramy do mety z najlepszym czasem odcinka.

Plan wykonany w 100%. Według wszystkich obliczeń mamy pierwsze miejsce. Ale z radością wolimy zaczekać na ceremonię zakończenia, bo to jest tylko rajd i czasem okazuje się, że jakieś nieistniejące regulaminy potrafią ptrzenieść zdobywcę pierwszego miejsca na trzecie.

SAM 0742Czas na odpoczynek: obiad, krótka drzemka i jedziemy na oficjalne ogłoszenie wyników. Opuszczamy nieoficjalne, gdyż już kilka razy chcieliśmy poprawiać regulaminy rajdów, aby były bardziej przychylne dla zawodników, których nie interesuje "liczenie", ale walka do końca. Na rajdy jeździmy (czasem nawet po 500 kilometrów w jedną stronę) nie po to, by kalkulować, czy warto wyjeżdżać na ostatnie okrążenie, i nie dla pieniędzy, tylko dla frajdy, jaką daje rywalizacja i jazda w terenie. Wywalczenie wysokiej lokaty po odpuszczeniu kilku odcinków, niestawieniu im czoła, nam nie sprawia żadnej satysfakcji.

Ogłoszenie wyników oficjalnych to jest to, na co się czeka z niecierpliwością. Nasza załoga zajmuje pierwsze miejsce w najtrudniejszej klasie EXTREM. Radość jest wielka! Tym bardziej że jechaliśmy z wieloma przygodami. Nasza przewaga nad drugą załogą wynosi prawie godzinę. Najbardziej cieszy nas myśl, że dwa lata pracy nad autem nie poszło na marne. W Jimny Evo6 jest jeszcze wiele do poprawy, ale widać już jego niesamowity potencjał. Jak na razie pokazało tylko połowę swoich możliwości. Stać nas na jeszcze więcej. Mam nadzieję, że potwierdzimy to w kolejnych rajdach.

text: Marcin Małolepszy, fot. Alfanet Team, Seweryn Panek, film: Bartosz Kosiorek