Land Serwis

Rainforest Challenge 2014 - veni, vidi, vici…

Ochłonęliśmy po powrocie z Malezji i choć jest to ciągle historia trudna do opowiedzenie, to warto jednak spróbować. Udział w Rainforest Challenge miał być zwieńczeniem sezonu 2014. Kiedy na początku października pojawiła się propozycja od przedstawicieli RFC w Polsce, Agnieszki i Marka Janaszkiewiczów, abyśmy dołączyli do TEAM POLAND, nasz start wydawał się niemożliwy i nieosiągalny. Rękawicę jednak podjęliśmy.

Do wyjazdu musielibyśmy przygotować się w ciągu zaledwie dwóch tygodni - na 15 października 2014 zaplanowany był transport kontenera do portu. Nasz Tank, po rolkach z ostatniego H6 był niestety tak skatowany, że szanse porządnego przygotowania go do imprezy na drugim końcu świata były bliskie zeru. Poza tym taka wyprawa wymagała zebrania wielu rzeczy potrzebnych do przeżycia w malezyjskiej dżungli. Był strach! Jednak motywacja była równie ogromna, bo to ,,Święty Gral” , więc musieliśmy mocno zmobilizować warsztat i działać jak: „bulterier”, jak „wściekły byk”, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”!!!

Udało się! Tank , Land Rover Janaszkiewiczów i ,,Kosiarka” Wojtka Gołębiowskiego , zgodnie z planem zostały załadowane do kontenera, który (teoretycznie) trzy dni przed rozpoczęciem RFC miał dopłynąć do portu w Malezji.

Cały Team Poland na RFC 2014, w składzie Power Off-Road Team (Artur Owczarek i Roman Popławski), Agnieszka i Marek Janaszkiewiczowie, Wojtek Gołębiewski z Tomkiem Dargaczem, ich mechanik - Rafał Ciepły oraz kronikarz i przedstawiciel mediów - Dagmara Kowalczyk, spokojnie czekał na wylot, kiedy pojawiła się informacja, że jakiś kataklizm i zamieszanie w porcie przeładunkowym w Hamburgu spowodowały, że nasz kontener nie dopłynie w wyznaczonym terminie, ale... 10-15 dni później, czyli czyli niestety po rajdzie. Co Robić!? Byliśmy już „w ogródku i witaliśmy się z gąską”, więc decyzja mogła być tylko jedna. Choćbyśmy mieli przejść rajd piechotką - jedziemy!

Dzień przed wylotem zawrócony kontener wrócił do Polski, więc mogliśmy zabrać z niego najpotrzebniejsze rzeczy do życia w zgodzie z naturą i polecieliśmy w nieco okrojonym jednak składzie, bo Agnieszka z Markiem oraz Wojtek zostali w domu… i teraz żałują.

Zaczęło się! Wyobraźnia działała na najwyższych obrotach, jednak to co zobaczyliśmy (i poczuliśmy) na miejscu, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. CIEPŁO!!! To mało powiedzieć. Po wyjściu z budynku lotniska poczuliśmy się jak w saunie. Z godziny na godzinę było już tylko lepiej. Jako że nie nie spoczywały na nas obowiązki związane ze startem w rajdzie, mieliśmy dwa dni na rozpoznanie okolicy. Azja - inny świat, inne zwyczaje, jedzenie. Inna kultura, porządek i niezliczona ilość samochodów na ulicach przez całą dobę.

Organizator zapewnił nam transport na trasie rajdu, jednak odcinki specjalne pokonywaliśmy piechotką. Dla zabicia żalu oczywiście próbowaliśmy ,,tego, co tam każdy z Polski przywiózł”, a od czasu do czasu, kiedy mieliśmy kontakt z cywilizacją, zajadaliśmy się lokalnymi przysmakami. Na kampach poznawaliśmy lokalesów i to tak naprawdę było to właśnie to, dlaczego warto było tam pojechać. To ludzie tak pogodni i otwarci, że czasem zaskakiwało. Wniosek jest jeden. Jeśli bylibyśmy tam bez bagażu, jedzenia i nie mieli, gdzie spać – nie byłoby to żadnym problemem. Bardzo szybko zostaliśmy przyjęci do off-roadowej rodziny.

Ale do rzeczy, bo malezyjski off-road to było to, co nas najbardziej ciekawiło i o tym teraz trochę. Mieszanka różnych narodowości, Azjaci, ale także ,,sąsiedzi” z Europy: Duńczycy i Czesi. Rajd jak dla nas dość dziwny, polegający na przejechaniu blisko 600-kilometrowej pętli w trakcie, której zorganizowano 4 kampy w dzikiej dżungli. Rajd to około 200 samochodów i mnóstwo ludzi. Jednak załóg (rajdówek), które stawały na starcie odcinków, było niespełna 40. Gęstwina aut przeróżnych, wśród nich rajdówki, które warczały i kopciły dieslami z japońskich ciężarówek przez cały dzień. Cała reszta to support, czyli serwisy, kibice i media. Dojazd do kampu, rozkładanie prowizorycznych namiotów - dla nas wydawało się to nawet zabawnym zajęciem, jednak kiedy zaczęło padać, szybko okazało się , że czeka nas walka o życie i kawałek suchego. A suche tam nie było nic. Baliśmy się legendarnych pijawek i komarów, jednak po zastosowaniu odpowiednich środków dogadaliśmy się z robalami i w zasadzie dały nam spokój.

Dwa dni na każdym postoju wokół którego rozgrywała się walka. Szósta rano, słychać strzały gdzieś w lesie. To ludzie, którzy wyznaczali i taśmowali odcinki, straszyli wszelkie stworzenia. Około godziny 8 rano start – każdy o wyznaczonej dla siebie porze. Oesy krótkie, z limitem przejazdu średnio 15 min., które każda załoga pokonywała osobno. Więc znanej nam z polskich rajdów walki full kontakt nie było, jednak każdy miał porównywalne szanse. Trochę inny styl jazdy i regulamin dziwny, który zabrania kibicom podpowiadania zawodnikom, a zjazdy, które normalnie (nie bez ryzyka) robimy zwykle na kołach, tam według regulaminu trzeba było robić na „windzie”. Klasa mechanik to możliwość korzystania tylko i wyłącznie z wyciągarki mechanicznej. Niestety czegoś takiego jak elektryczna wyciągarka do asekuracji, tzw. ,,dachówka” jeszcze azjatyccy kierowcy nie poznali.

Pod wieczór w kampach robiło się gwarno. Całe towarzystwo zaczynało gotowanie przeróżnych, dziwnych rzeczy. Dla nas praktycznie niepojęte było, jak bardzo zorganizowani i przystosowani do życia pod niebieskimi plandekami są tamtejsi ludzie. W saportowych terenówkach mieli dosłownie wszystko! Trzypalnikowe kuchenki gazowe, na których powstawały lokalne przysmaki, setki garnków, talerzy, przypraw, no i oczywiście potężne termosy z lodem. Tam nikt konserw nie jada.

Ale do rzeczy. Tamtejsze samochody przeprawowe, są nieco inne od tych, które znamy. Diesle z turbinami wielkości wiadra! Opony jak u nas: Simexy, Maxxisy... Jednak ich mechaniczne wyciągarki(???) to konstrukcje rodem z kosmosu. Najczęściej produkcji Toyoty, ale wszystkie bardzo szybkie, tak więc nie celeb gossip pozwalały im na precyzyjne i spokojne pokonywanie przeszkód, a co za tym idzie zblocze było ukochanym gadżetem załóg (poczciwego STAR-a tam nie spotkaliśmy).

Kotwica – coś, co znamy tylko z opowieści z Ładogi. Każde auto ma obowiązek posiadać takie urządzenie i nawet kiedy można by znaleźć odpowiednio sztywny bambus do zaczepienia, istnieje obowiązek wykorzystania tej dziwnej przydaśki na danym odcinku. A w 40-stopniowym upale szarpanie 20-kilogramowego żelastwa jest nie lada wyzwaniem!

Błoto. Dziwna, jakby glina, ale jednak inna. Klei się do butów tak, że po chwili ważą po 10 kg każdy. I dokładnie w takiej samej konsystencji występuje w dolinie rzeki i na wzgórzach. Niezmieniające konsystencji: ciągle mokre i klejące. Ale to co rozbrajało nasze umysły najbardziej, to nieziemskie widoki. Wodospady, w których nie zdejmując ubrań, kąpaliśmy się , bo i tak wszystko było mokre. A woda ciepła, że nie chciało się stamtąd wychodzić.

Twilight Zone - blady strach!!! To odcinek bez pomiaru czasu, który startujące załogi muszą po prostu przejechać podzieleni na grupy. W tym roku to był 70-kilometrowy przejazd przez dżunglę. Wynajęta Toyota (długi wesoły autobus), którą Rafał Ciepły i Tomek Dragacz stanęli na starcie i znów... Dopuszczone były tylko samochody o wysokim stopniu modyfikacji. Mechaniczna wyciągarka i ogromna wola walki nie wystarczała! Ale to nie był problem. Klasyfikowane rajdówki wystartowały, a na każdej pouwieszane po kilka dodatkowych osób. Nikogo, kto chciał przejechać Twilight Zone, nie pozostawiono w bazie. Pokonaliśmy ten legendarny odcinek ledwie unikając uderzeń i wstrząsu mózgu od przelatujących nad samochodami bambusów i innych gałęzi, uczepieni na progach, dachach i kołach zapasowych rajdówek, które tam wystartowały. I nikt z tego problemu nie robił, bo podczas jazdy nikomu swą obecnością nie przeszkadzaliśmy, a kiedy trzeba było ułożyć prowizoryczny most, każda para rąk była bardzo przydatna.

Po zakończonym rajdzie wielka feta i duża impreza, na której wraz ze zwycięzcami stanęliśmy na , otrzymując ,,specjalne wyróżnienie”. Co by nie mówić, TEAM POLAND w klasie pieszej zdobył w tym roku pierwsze miejsce!

Tym razem pogoda podobno nie dała się mocno we znaki. Deszczu było mało, a Twilight Zone okazał się jednym z najlżejszych w historii rajdu. Robale ponoć wyprowadziły się już dwa tygodnie przed rajdem po przeczytaniu informacji na Facebooku, że Polacy przyjeżdżają. Dlatego, ustaliliśmy, że to nie jest nasze ostatnie słowo na RFC. Już znajdujemy się na liście startowej edycji 2015!

I nie taki diabeł straszny, jak o nim mówią, więc w 2015 roku powinno tam pojechać więcej załóg z Polski, bo to - co by nie mówić - świetny rajd, czas i ludzie, których nie da się zapomnieć!

Text: Roman Popławski, zdjęcia autorstwa Dagmary Kowalczyk i Romana Popławskiego są mieszanką wszystkich tam zrobionych, jakakolwiek chronologia nie ma tu znaczenia