Land Serwis

RFC 2008: Mroczne deja vu

Jeśli czegoś się obawiałem przed tegorocznym wyjazdem do Malezji, to przede wszystkim powtórki wydarzeń z ubiegłego roku, kiedy to nieustające ulewy najpierw mocno uprzykrzyły życie zawodnikom, a następnie uwięziły ich w dżungli i zmusiły organizatorów do przeprowadzenia ich ewakuacji z zaangażowaniem wojska i służb ratowniczych. Gdy obudziłem się w sobotę i usłyszałem krople deszczu bębniące po parapecie naszego pokoju, wiedziałem już, że spełniły się moje najgorsze przeczucia. Odtąd deszcz leje bez ustanku, a organizator niepomny dramatycznych sytuacji z 2007 roku, wyprawił zawodników w głąb dżungli, gdzie czekają na nich odcinki specjalne.

W sobotę rozegrano jeszcze drugi dzień prologu. Przemoknięci od stóp do głów zawodnicy z dużo mniejszym entuzjazmem niż poprzedniego dnia zmagali się w morzu wody na coraz trudniejszych do pokonania oeasach. Trasa zamieniła się w błotnistą breję, a ogromne kałuże wody zalewały silniki i kabiny pojazdów.

Po zakończeniu prologu chyba nie było takiego, kto by nie chciał powrócić do hotelu i nigdzie więcej się już nie ruszać. Na Rainforest Challenge życie jednak nie jest usłane różami... Po dość czasochłonnej zbiórce wszystkich uczestników imprezy, przy zapadającym zmroku ruszyliśmy w kilkudziesięciokilometrową trasę (z początku asfaltową) na pierwszy camping w dżungli. Deszcz padał nieprzerwanie, po drodze mijaliśmy już podtopione wioski, których mieszkańcy, stojący szpalerem koło drogi, jak widać przyzwyczajeni do wybryków natury, radośnie pozdrawiali zawodników. Przejazd mocno dał się we znaki zwłaszcza Mariuszowi i Rafałowi, którzy nieźle zmarzli, jadąc na quadach.

Już w ciemnościach nocy pod kołami samochodów zachrzęścił kamień zmieszany z czerwonym błotem. Długa kolumna pojazdów powoli zaczęła zagłębiać się w dżungli, poruszając się rozmytą, leśną drogą. Z początku jazda szła nawet sprawnie, ale już pierwsze podjazdy mocno zwolniły tempo. Po godzinie stanęliśmy na dobre. Droga w tym miejscu wspinała się ostro w górę, a w połowie poprzecinana celebrity news była poprzecznymi rowami wyżłobionymi przez wartką wodę. Zawodnicy nawet dawali sobie radę, choć kilka samochodów na dłużej utknęło w pułapce i musiało ratować się wyciągarkami. Znacznie gorzej było już z wozami prasowymi i organizatorów, które nie mając mocnych silników, na długo blokowały drogę. A wszystko to przy padającym rzęsiście deszczu i zbliżającej się północy...

Chętni do jazdy w głąb dżungli z wolna zaczęli się wykruszać. Jedni wracali w dół drogi do stosunkowo niedalekiej jeszcze cywilizacji, inni rozbijali obozy koło drogi, lub po prostu układali się do snu za kierownicą. Zawodnikom najbardziej zależało na dalszej jeździe - następnego dnia, w niedzielę, koło obozu, do którego mieli dotrzeć, miały być rozegrane odcinki specjalne, które mają znaczący wpływ na końcową klasyfikację rajdu. Polacy w większości podjęli decyzję o dalszej jeździe - za wszelką cenę. Z dżungli na nocleg wycofali się jedynie "Grek" i "Socho", a także ekipa jadąca Toyotą Rafała Trwogi, podejmując decyzję o odłożeniu ataku do rana. Na dół zjechał również Rafał Wójciński, którego rzeczy przewozi auto organizatora. Sam również miałem twardy orzech do zgryzienia - odwrót z dżungli groził utratą kontaktu z naszymi zawodnikami, a z kolei mój wóz prasowy nie zamierzał ryzykować dalszej jazdy... Szybka decyzja - przerzuciłem rzeczy (a mam ich sporo - głównie sprzętu, który nie wiadomo, jak wytrzyma te warunki) na pojemną pakę "Osiołka", czyli półciężarowego Volvo Laplandera "Zibiego" i "Deresia". Niestety na mnie samego nie było już tam miejsca...

Przez chwilę rozważałem szaleńczy pomysł 15-kilometrowego spaceru przez dżunglę do obozu, ale na szczęście zwyciężył we mnie zdrowy rozsądek i zacząłem rozglądać się za okazją. Niedługo - już po chwili miałem obiecane miejsce na zderzaku Suzuki u Ambrozji, ale ostatecznie wybrałem rolę pasażera na quadzie Mariusza Kulaka. Mariusz Borowski zabrał na kolana mój plecak ze sprzętem fotograficznym i ruszyliśmy w drogę!

Z paskudnym podjazdem szybko rozprawiły się Tomcat Marka Adamczyka oraz Volvo, które w imponującym stylu wspięło się na szczyt, nie korzystając przy tym z wyciągarki. Oba auta szybko zniknęły nam z oczu. Znacznie dłużej trwała wspinaczka Discovery - obładowanego po dach wozu wsparcia Ambrozji. Dalej Suzuki, Land Rover i Honda Mariusz Kulaka podążali już wspólnie.

Walka z kilkunastokilometrową trasą trwała do białego rana. Dzielne Discovery z mozołem wspinało się po trasie, ale co rusz zatrzymywało się i rozpoczynała się mordercza walka z wyciągarką i kotwicą w rolach głównych. Najwięcej energii pochłonęła chłopakom rozprawa z zerwanym mostkiem na drodze, a sporo strachu najedliśmy się, gdy tylne koło wpadło do ogromnej wyrwy, która dalej zamieniała się w przepaść.
Gdy nieludzko zmęczeni i ubłoceni dotarliśmy do obozu, nie było na nas suchej nitki. Rozpięcie plandeki między samochodami, rozłożenie kanadyjek (moja pojechała w wozie prasowym, więc upojną noc pędziłem w kubełku "Osiołka":) zajęło wszystkim jednak tylko chwilę.

Do obozu dotarło ostatecznie kilkunastu zawodników i kilka aut organizatora. Deszcz z niewielkimi przerwami pada nieustannie. W niedzielę świętujemy więc dzień święty, głównie wyjadając zapasy i odsypiając zarwaną noc. Zapowiadane na dziś oesy, które miały być rozegrane w płynącej niedaleko rzece, zostały przełożone na jutro. Osobiście raczej wątpię, aby się odbyły... Niezmiernie jestem również ciekaw, ile będzie trwał odwrót. W planie jest bowiem wyjazd z dżungli i dotarcie do nowego obozu, skąd ma nastąpić decydujący atak na osławioną "Strefę Mroku". W obozie znajdują się obecnie RR Janaszkiewiczów, Tomcat Adamczyka, Suzuki Ambrozji, Volvo Popielarczyka, Disco Knyziaka i Honda Kulaka. Rafał Płuciennik również spędził z nami noc, ale niedawno ruszył w drogę powrotną w poszukiwaniu reszty swojego teamu, który utknął gdzieś na trasie. Na chwilę wpadł do nas Rafał - dla quadów rozmyta droga nie jest póki co większym problemem.

Z ostatniej chwili:
Do obozu powrócił Jeep Płuciennika, a wraz z nim przyjechał UAZ Mirka Kozioła, który – jak się okazało – zaliczył „boka” 200 metrów od obozu.
Louis Wee – szef rajdu – powiedział mi, że jeśli opady nie ustaną, prawdopodobnie jutro, czyli w poniedziałek, będziemy starać się powrócić do cywilizacji drogą, którą tu dotarliśmy. Oesy najprawdopodobniej zostaną odwołane, a kontynuowanie jazdy w głąb dżungli byłoby niebezpieczne, ponieważ musielibyśmy przeprawić się przez już wezbraną rzekę. Przeprawa jest jeszcze możliwa, ale mogłoby to się zamienić w drogę bez odwrotu.

text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro - za pomoc w realizacji transmisji satelitarnej dziękuję firmie MARSAT
(07/12/2008)


fot. Arek Kwiecień / Sigma Pro