Land Serwis

RFC 2008: Reanimacja trupa

Ratując się przed blamażem, organizatorzy Rainforest Challenge w ostatni dzień naszego pobytu w dżungli przygotowali dla zawodników cztery oesy, w tym jeden nocny, który przed chwilą się zakończył. Nic już jednak nie jest w stanie ukoić żalu zawodników, którzy w trakcie tegorocznego rajdu obeszli się jedynie smakiem dżungli, nie dostając nawet szansy na poważną rywalizację zarówno z przyrodą, jak i pozostałymi zawodnikami.

Brak przygotowanej trasy przez Twilight Zone był dziś tematem numer jeden w obozie. Nareszcie usłyszeliśmy jakieś usprawiedliwienia - na ile prawdziwe, tego nikt nie wie. A to podobno skauci, którzy mieli utorować drogę, nie mogli zacząć wcześniej pracy z powodu długotrwałych opadów deszczu, a to znów nie byli w stanie przeprawić się przez rzekę (tę samą, przy której przez kilka dni obozowaliśmy, pływając i łażąc po niej tam i z powrotem), która miała być straszliwie wezbrana. Gdy już wzięli się za robotę, dwaj przewodnicy, którzy szli na samym przedzie odkryli najpierw potężne osuwisko błota, które mocno komplikowało przejazd samochodów, a potem wezbraną rzekę, zbyt głęboką, aby auta mogłyby się przez nią przeprawić. Może jest w tym i trochę prawdy, ale na liczne pytania i tak nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Po co zawodnicy wyruszali w głąb Strefy Mroku, skoro trasa i tak miała być nieprzejezdna, dlaczego drogi mimo wszystko nie zaczęto wytyczać chociaż kilka dni wcześniej, czemu pracowało przy niej tylko sześć osób, w dodatku niedostatecznie wyposażonych i pozbawionych komunikacji z szefostwem rajdu (więcej telefonów satelitarnych było w obozie Polaków niż w rękach organizatorów)? Itd, itd... Dla mnie ponadtygodniowy pobyt w dżungli tak czy siak był fascynującą przygodą, ale dla zawodników, zwłaszcza z dalekiej Polski, to zdecydowanie za mało, by ich wysiłek organizacyjny, a zwłaszcza finansowy został wynagrodzony.

Dziś rajdowcy nareszcie mogli trochę powalczyć, ale oesy nie były dla nich zbyt ekstremalnym wyzwaniem. Trochę "łinczu", trochę główkowania przy paru trawersach... Jeden odcinek był tak prosty, że dałoby się go objechać zwykłym SUV-em na nieco lepszych oponach... Trzeba było jednak się zmobilizować i uważać, aby nie popełnić błędu, ponieważ w klasyfikacji rajdu wciąż wiele załóg mogło liczyć na lepszą pozycję. Szansę na bardzo dobry rezultat końcowy mają zwłaszcza Jacek Ambrozik i Mariusz Borowski, którzy swoimi umiejętnościami zdobyli uznanie wszystkich kierowców, zajmujący po 13 oesach (w tym 10 rozegranych na prologu - sic!) trzecią lokatę w klasie aut z wyciągarkami mechanicznymi. Mnie osobiście bardzo ucieszył wynik mojego faworyta z Malezji, z którym podróżowałem przez Strefę Mroku - Wong Sabah zajmuje pierwsze miejsce wśród aut wyposażonych w "elektryki".

W niedzielę czeka nas już finałowy odcinek na plaży Morza Południowochińskiego, w okolicach miasta Kuala Terengganu, a następnie celebration party. Tylko co tu świętować? Może chociaż Polaków na pudle zawodów...

Text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro
- za pomoc w realizacji transmisji satelitarnej dziękuję firmie MARSAT
(13/12/2008)


fot. Arek Kwiecień / Sigma Pro