Land Serwis

Z Malezji do Polski: 15 tysięcy kilometrów na kołach!

Mariusz Oparcik i Włodzimierz Babicz wyruszyli w drogę powrotną z Malezji do domu. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani niesamowitego (wszak jutro wszyscy Polacy będą o tej porze znajdować się w samolotach), gdyby nie fakt, że dzielna załoga Defendera 110 ruszyła w podróż na kołach! Pokonają 15 tysięcy kilometrów, a w Polsce zawitają najprawdopodobniej gdzieś na przełomie stycznia i lutego.

Trasa przejazdu prowadzi z Malezji przez Tajlandię, Myanmar (Birmę), Indie, Pakistan, Iran, Turcję, Grecję, Macedonię, Serbię i Czarnogórę, Węgry oraz Słowację. – Decyzję o powrocie autem podjęliśmy błyskawicznie – mówi „Socho”. – Rzuciłem przez telefon taki pomysł, a Mariusz w tej samej chwili się zgodził. Trasę wyznaczyliśmy w czasie kolejnych 5 minut.

Polacy najbardziej obawiają się przejazdu przez Birmę, w której władzę sprawuje junta wojskowa. Pierwotnie planowali dalszą jazdę przez Bangladesz, ale okazało się, że potrzeba tam specjalnego prawa jazdy, które trzeba by wyrobić na miejscu. Ominięcie Bangladeszu zmusza ich do poruszania się kierunku północnym Birmy, gdzie rośnie już dżungla, a w niej chowają się partyzanci walczący z rządem. Co się wydarzy, jeśli spotkają samochód Polaków? „Socho” wierzy w swój urok osobisty i talent negocjacyjny Mariusza.

Auto po „przeprawie” przez dżunglę w czasie Rainforest Challenge (cudzysłów nieprzypadkowy) zostało błyskawicznie przysposobione do trasy. Miejsce Simexów zajęły opony BF Goodrich AT, a za fotelami pojawiała się lodówka Engel. Defender od dawna jest w pełni przygotowany, aby udać się w dalekie trasy – ma m.in. Webasto, klimatyzację i mnóstwo miejsca w przedziale bagażowym. Po załadowaniu ekwipunku sporo jednak waży – na oko około 3,5 ton. – Podczas rajdu silnik był straszliwie paliwożerny, ale teraz już się trochę uspokoił i zaspokaja go 25 litrów paliwa na 100 km – mówi Mariusz. Jego zdaniem koszt przejazdu powinien się zamknąć w ok. 10 tys. euro.

Polacy wiozą trochę konserw i zupek, ale generalnie nastawiają się na zdobywanie żywności po drodze. Na masce – na czarną godzinę – wiozą kiść dojrzewających bananów. – Nie zamierzam dużo jeść – mówi „Socho”. – Po ostatnich dwóch tygodniach mam jakiś dziwny skurcz żołądka i nie mam raczej apetytu.

Podróż na razie przebiega bez zakłóceń – przed chwilą otrzymałem SMS-a od „Socho”, w  którym pisze, że dojeżdżają już do granicy z Tajlandią. Kierują się w stronę miasta Songkhla i planują nocleg na plaży.
Text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro

Grek i Socho wracają do Polski (20 grudnia 2008):

Jestesmy obecnie w miescie Nakhon Sawah, do granicy z Myanmarem mamy ok. 250 km. Dzis zamierzamy przekroczyc granice i bedziemy kierowac sie na polnoc. Nie dostalismy niestety zgody na przejazd samochodem przez Bangladesz wiec albo pojedziemy od razu do Indii albo zahaczymy o Nepal, wszak jestesmy tak blisko, szkoda nie zobaczyc.

Pierwsze kilometry uplynely spokojnie. Z Kuala Lumpur wyruszylismy ok. poludnia a wieczorkiem osiagnelismy juz granice z Tajlandia. Ceny w miejscach nieatrakcyjnych turystycznie zaskoczyly nas tak samo jak siec drog. Tajowie posiadaja wspaniale rozwinieta siec drog szybkiego ruchu, az chcialoby sie zapytac, czemu bez kolein?

W kolejnych mijanych miasteczkach spotykamy usmiechnietych i wydaje sie szczesliwych ludzi, nawet policjanci sa uczynni, pokazuja nam droge, smieja sie! Qrwa! przeciez wiem, ze policjant to szara, odziana w sluzbowy uniform bestia i zawsze jak zatrzyma, to nie dlatego, zeby sobie porozmawiac. Jakies to wszystko dziwne.

Mijamy po drodze olbrzymia infrastrukture drog, mostow i wiaduktow prowadzacych do Bangkoku ale odpuszczamy ten kierunek, lecimy dalej, na polnoc. Troche mamy problemy z porozumiewaniem sie, angielskiego nie zna tu nikt. Na migi zamawiamy jedzenie, pokoj w hotelu, tankowanie. Wczoraj musialem sam sobie wlozyc jedzenie na talerz, bo w knajpie niemozliwym bylo, ze chce 30 grilowanych krewetek.

Nie wiem, jak bedzie wygladala nasza podroz przez Myanmar, mam nadzieje, ze dziala tam internet, postaram sie cos wrzucic. Mysle, ze trasa przez Myanmar nie zajmie nam dluzej niz 2 dni.
Pozdrawiam
SOCHO (www.SOCHO.com.pl)

SMS Z OSTATNIEJ CHWILI:
Nie wpuścili nas do Myanmaru, granica tylko latest celebrity news dla pieszych i ruchu lokalnego, kazali jechazć na inne przejście 600 km dalej na północ, lecimy zatem, odezwę się jutro.

Droga przez Chiny? (21 grudnia 2008):

Wczoraj wieczorem dotarlismy na granice miedzy Tajlandia i Myanmarem w miejscowosci Mae Sot. Miasteczko graniczne zaskoczylo nas ogromna iloscia bialych twarzy w wieku studenckim, swoja droga wspaniale miejsce na wypoczynek. Nie dane nam jednak bylo przekroczyc tu granice, skierowano nas o 500 km dalej na polnoc do miescowosci Mae Sai. Znow lyknelismy kilometry drogi rownej jak stol. Krajobraz jednak nie jest tu tak egzotyczny jak na poludniu Tajlandii, powiedziec mozna, ze jest prawie jak w Polsce. Minelismy kilka malowniczych pasm gorskich, a generalnie plasko jak na Mazowszu. Po dotarciu do Mae Sai konsternacja. Wcale nie jestesmy mile widzianymi goscmi w tym kraju. Owszem wejsc a potem wyjsc nie ma problemu, ale nikt nie poleca nam podrozy przez Myanmar, m.in. dlatego, ze nie istnieja zadne przejscia graniczne poza dwoma z Tajlandia i dwoma z Chinami (jedno jest niepewne). Dlatego zapadla decyzja o przekroczeniu pobliskiej granicy z Laosem i kontynuowaniu podrozy przez Chiny. To jest w obecnej sytuacji jedyna droga do kraju.
SOCHO (www.SOCHO.com.pl )

Pozdrowienia z Laosu (22 grudnia 2008)

Wjechaliśmy do Laosu promem przez ziółtą ziekę Mekong. Lecimy na północ w strone Chin. Jeśli będzie możliwość to podeślemy dziś ciut fotek. Zaczynamy powoli odczuwać niskie temperatury. A dziś odwiedziliśmy złoty trójkąt. Pozdrawiam! SOCHO

Życzenia z Laosu i... niestety koniec podróży (23 grudnia 2008)

Najnowsze wiesci sa takie, ze nasza podroz w zasadzie dobiegla konca. Ambasada Myanmaru w Berlinie wcale nie zalatwila nam pozwolenia na przejazd, a tu mozemy czekac na takowe nawet do 2 miesiecy. Do Chin takze nie mamy szansy wjechac. Dlatego takze postanowilismy przerwac nasza podroz i wracac do kraju samolotem.

Teraz czeka nas droga powrotna przez przepiekny Laos. Postanowilismy rozdac nasze zapasy zywnosci oraz wszystko czego nie bedziemy juz potrzebowac miejscowej ludnosci, ktorej wcale sie nie przelewa, taki nasz gest Swietego Mikolaja.

Pozdrawiam, wesolych i do zobaczenia!

SOCHO i Mariusz (www.SOCHO.com.pl)

fot. Arek Kwiecień / Sigma Pro