Land Serwis

Z napędem na cztery nogi, czyli Zibi i Franc na Nocy Kormorana

Telefon Franca wyrwał mnie z amoku focenia na Drezno-Wrocław. Marcin opowiadał z zapałem o pomyśle wystartowania... taczkami w zbliżającym się rajdzie Noc Kormorana. Pomysł wydawał się dowcipem, ale głos Franca brzmiał bardzo poważnie. - Trzeba pokazać wszystkim, że w off-roadzie nie chodzi tylko o wyścig zbrojeń, kasę i pogoń za zwycięstwami! Warto by trochę spuścić z tonu! - mówił. Życzyłem mu powodzenia, nie do końca wierząc, że wraz z Zibim, w środku upalnego lata, ruszy na trasę ekstremu o długości 55 km. A jednak tego dokonali! I na dodatek rajd ukończyli na pudle! Oto ich niezwykła relacja.
AK

Przygotowania do trzeciej rundy Prestige VT Polska Liga Przeprawowa, czyli ełckiej V Nocy Kormorana rozpoczęliśmy z Zibim dokładnie na dwa dni przed rajdem. Taka klasyka gatunku jeżeli chodzi o mazowieckie serwisy terenowe. Mianowicie po krótkiej naradzie co i jak udaliśmy się do wypasionego sklepu z akcesoriami off-road, czyli Bricoman. Po analizie występujących tam modeli interesującego nas pojazdu doszliśmy do wniosku, że ciekawszą konstrukcją jest tkwiący na placu u Zibiego doskonale znany kierowcy egzemplarz. Szybkie malowanie karoserii i tuning w postaci uchwytu do holowania, a także miejsca na dodatkowe napoje oraz koło zapasowe i zostało nam tylko zarejestrować pojazd. W tym celu udaliśmy się go grafików z warszawskiej filmówki i już po kilu godzinach dysponowaliśmy świeżutkimi numerami rejestracyjnymi. Jeszcze tylko ponowna analiza specyfiki rajdu, kolejne odwiedziny w wiodącym sklepie 4x4 (tym razem Leroy) i pachnące nowością dwa nowe boggerko-maxxisy znalazły miejsce w naszym wypieszczonym bolidzie. Podróż do Ełku upłynęła na obmyślaniu strategii pokonywania trasy i rano w piątek dumni i bladzi stanęliśmy na starcie rajdu. Aby zmylić czujność konkurencji nasz prototyp do końca trzymaliśmy w tajemnicy, a dodatkową zmyłką wydawał się fakt, że na lawecie cały czas prezentował się Suzuki Kleszcz i większość uczestników był do końca przekonana, że to właśnie Kleszczem startujemy w imprezie.

Organizatorzy i uczestnicy na początki imprezy byli bardzo zdenerwowani, okazało się bowiem, że regulamin nie zabrania startowania naszą konstrukcją, ba….. w zasadzie możemy sprawdzić się w dowolnej klasie. Od początku zdecydowaliśmy się na trasę ekstremalną bowiem nasza konstrukcja Turystów rozjechałaby zbyt szybko, a wszak chodzi o rywalizację w duchu fair play! 

Pierwsza próba to około 400-500 metrowy trial szybkościowy. Chwila analizy terenu, obmyślenie punktów zmian i ruszamy z piskiem opon. Pojazd robi jak wściekły, niestety nie przewidzieliśmy w konstrukcji dodatkowej chłodnicy, a panujący upał (około 35 st. C) spowodował, że wykręciliśmy czas aż o 2 minuty i  20 sekund wolniejszy od Gratów! Nic to - pocieszamy się, że może Graty nie zrobią kompletu fotopunktów i ruszamy w dalszą drogę.  Dojazdówki na imprezie liczą ogółem 55 km i po pokonaniu pierwszej z nich liczącej około 3 km a wiodącej obwodnicą Ełku wiemy już, że wcale nie będzie tak łatwo.

Kolejna próba to wiodąca ciągowym torfem „Nemocnica”. Spokojnie włączamy  reduktor i zanurzamy się  (dosłownie!) po szyję w słynnych ełckich torfach. Lekkość konstrukcji, świetne rozłożenie środka ciężkości oraz dwie blokady w postaci idealnie dopasowanego obuwia powodują, że pojazd dosłownie połyka kolejne metry gnoju. Mijamy wklejone załogi i już po pół godzinie meldujemy się na końcu próby. Nasz nowy syntetyk w postaci dwóch taśm alpinistycznych, umieszczony z przodu bolidu wydatnie pomaga przy trudnych zwrotach w błocie, a dodatnia wyporność kabiny pozwala nawet przytrzymać się bolidu w miejscu, gdzie napędy nie sięgają dna!! Niektórzy proszą nas o pomoc, a na odpowiedź:  „mechanikiem czy elektrykiem?” reagują tylko wyciągnięciem aparatu fotograficznego.

Na kolejnej próbie czyli MASH-u dopada nas pierwsza bolączka - mianowicie na łąkach bezlitośnie tną gzy! Kierowca ma zajęte obydwie ręce, a pilot idący z przodu i ciągnący bolid nie może odganiać złośliwych owadów. Zibi wykonuje więc pierwszy patent rajdowy polegający na zaadaptowaniu kilku taśm i przełożeniu ich przez kark do drugiego drążka kierowniczego. W ten sposób i kierowca i pilot dysponują jedną wolną ręką pozwalającą uwolnić się od natrętnych owadów.

Fotopunkty idą nam nadspodziewanie szybko, ale martwi fakt, że napędy są cały czas mokre i dręczy obawa czy łożyska nie ulegną zatarciu. Kolejne próby pokonujemy w zawrotnym tempie, ale po kolejnych kilometrach dojazdówki okazuje się, że  jedyne koło pędowe traci swoją osiowość. Defekt!  I to bardzo poważny! Większość załóg wycofałaby się z rywalizacji lub skorzystała z licznie kręcących się po okolicach serwisów, ale nie my. Próbujemy oczyścić łożysko koła poprzez przedmuchanie i naoliwienie naszym superpatentem, czyli Somersbee, niestety niewiele to pomaga. Na szczęście na końcu kolejnej próby spotykamy lubelskie załogi Smoczka i braci Stachalów, i pożyczonych od nich kluczem nr 19 dokręcamy złośliwą ośkę. Zibi pomstuje na mechaników z Mazowsza i coś tam wspomina o braku kontry na śrubach. W tym samym czasie próbę wcześniej takie same pomstowania dochodzą z załogi Rumburaka. U nich również nie przykręcono jednej śrubki, a konsekwencją było wyrwanie łoża tylnej windy. Każdy ma więc swoją małą apokalipsę.

Kolejna dojazdówka dłuży się niemiłosiernie, ale wiemy, że teraz czekają nas trawersy. Dopadamy na nich Ignaca, który swoim Gratem dosłownie wyczynia cuda na kołach w mrocznym wąwozie nazwanym „Szpital na Peryferiach”.  Nasz pojazd jest jednak zdecydowanie zwrotniejszy, a żadne stromizny nie są mu straszne. Trochę obawiamy się pionowych zjazdów, okazuje się jednak, że ogromne zaciski hamulcowe w postaci metalowych drągów (być może było to Brembo???) pozwalają na zjazdy na trakcji ze wszystkich stromizn. Kolejna dojazdówka wiedzie przez tereny zamieszkałe przez plemię działkowiczów, którzy z niedowierzaniem oglądają naszą załogę i pojazd. Musimy mieć się na baczności, gdyż roadbook wyraźnie ostrzega: V max - 15 km/h!!!! nie kurzyć!!!!

Kolejne wąwozy idą nam wspaniale – zgrywamy się już jako załoga. Co chwila następują zmiany na pozycjach tzn. ja kieruję, a Zibi pcha, lub odwrotnie. Wyprzedzamy wszystkich, których spotkaliśmy pierwszego dnia i lądujemy u pary uroczych sędziów, czyli Zuzi i Mateusza. Czas na tankowanie. Zibi wybiera Tigera (dodatkowe kilka oktanów), ja pozostaję przy klasyce czyli kiełbaska z rożna popijana wodą. Słońce chyli się ku zachodowi i postanawiamy dotrzeć jeszcze na jedną próbę. Byłaby to już ponad połowa trasy. Roadbook informuje, że czekają nas 3 km asfaltu i 1,5 km szutrówek. Zaniepokojeni faktem słabego oświetlenia pojazdu – wcześniejsze próby błotne spowodowały bowiem zalanie chińskich ksenonów, włączamy turbo dopalanie. W ferworze truchtu pomijam nawet znak stop stojący przy przejeździe kolejowym, ale na szczęście ełcka policja jest wyjątkowo wyrozumiała.

Docieramy do triasowo-błotnej próby „Siostro basen”. Troszkę szukamy fotopunktów i kiedy słońce już praktycznie zachodzi meldujemy się u sędziów. Jest 22.30 i obmyślamy dalszą strategię. Jechać w non stopie czy decydować się na powrót na bazę i dać odpocząć silnikom? Zaprzyjaźniony druh Fazi oferuje podwózkę na bazę (ok. 20 km) i dzięki niemu już o 23.30 regenerujemy nasze siły w bazie.

W międzyczasie Fazi dzwoni do Malina i informuje go, że Zibi z  Francem mają nową furę i dosłownie wymiatają na próbach. Zdenerwowany Malin wypytuje się o szczegóły techniczne - opony, zawiechę, motor. Fazi odpowiada, że jedziemy tak szybko i cicho, że nie zdążył obadać szczegółów, ale widział jak na trawersach fura wymiata na jednym kole, a w wodzie wydawało mu się, że nawet dryfowała.

Noc mija szybko i po ogólnym przeglądzie i dzięki uprzejmości Faziego wracamy na trasę. Przed nami osławione „Porzeczki”, czyli w zasadzie ciąg 5 prób położonych na obszarze gigantycznego Gospodarstwa Szarek. Teren tutaj to właściwie kwintesencja przeprawy. Połacie torfów, kożuchy, bagna i przepiękne wąwozy z kamienną rzeczką. Pokonanie liczącej ponad 5 km trasy na „Porzeczkach” zajmuje nam 4,5 godziny i znowu cali jesteśmy umorusani w błocie i torfie. Kolejna nużąca dojazdówka wiedzie nas do centrum Ełku. Po drodze korzystamy z podwózki załogi Diabła i Marcina z Sochaczewa. Nie jest to obca pomoc, gdyż nasi koledzy startują w tej samej klasie co my.

Kolejna próba to głębokie jeziorko - wiemy jednak, że pojazd dzięki szczelności kabiny pływa i te trudności nas nie zaskoczą. Robimy wymagane przez roadbook zdjęcie na tle szpitala i podążamy na bazę. Roadbook informuje jeszcze o jednej próbie, ale odczytujemy informację, że jest ona tylko dla Turystyka i spokojnie tylko na tylnym napędzie podążamy w stronę bazy. Finiszujemy na pełnym gazie, przy czym ja jestem pasażerem, a Zibi robi tylko za jeden silnik i napęd. Z niepokojem czekamy na wyniki i okazuje się, ze jesteśmy jedną z czterech załóg, która zdobyła tzw. komplet, a dzięki temu, że zdecydowaliśmy się na klasyfikację w tzw. elektrykach PL2 (mieliśmy zapalniczkę z piezoelektrykiem) zajmujemy doskonałe trzecie miejsce. Uściskom i gratulacjom nie ma końca, a całości pięknego wieczoru dopełniają nocne Polaków rozmowy nad jeziorem Szelment.

Reasumując debiut wagi lekkiej w polskim off-roadzie uważamy za udany, a samą imprezę za wspaniałą przygodę w terenie. Mieliśmy czas na to, aby pogadać, wzmocnić się fizycznie, ale też i solidnie zmęczyć. Najśmieszniejsze jest jednak to, że po kilku godzinach rajdu z naszą taczką mieliśmy dokładnie takie same odczucia, jak gdybyśmy jechali samochodem. To samo odczucie fizycznego zmęczenia, znużenie torfem, szukanie fotopunktów, rozkminka drogi na próbach i ciągła walka ze sprzętem. Zapraszamy chętnych do powtórzeń bo to i zdrowiej i weselej a i pięknymi krajobrazami można się dłużej delektować. Dziękując sponsorom, czyli firmom SKF, Walter, Prestige VT, Mudmaster Polska, TenSushi, Prograf i Przedrajdem.pl oraz patronom medialnym: terenowo.pl. expedycja.pl. adrenalinka.pl oraz rajdy4x4 serdecznie zapraszamy na IV rundę eliminacji PLP 2013 czyli WST 1200 Sokółka Challenge, która odbędzie się w połowie września na Podlasiu.

Text i foto: Marcin Francuz, dodatkowe zdjęcia i film: Zuza Zaraś

Taczka evo 1 – dane techniczne:
Producent : niewiadomy, prawdopodobnie Chińska Republika Ludowa
Klatka i malowanie: Serwis Zibcar Stare Babice
Koła: by Leroy Merlin + zapas ok. 3 cali
Silnik : Zibi i Franc po 44 lata i tyleż koni mechanicznych
Paliwo: Tiger, Mammet, woda niegazowana, Sommersby + Chestrfieldy Light’y cienke !
Oświetlenie: Ksenon przód i tył + Tikka Petzl
Napędy: Puma i Adidas + dodatkowa blokada w postacie zatartych gaci.
Windy: 40m liny 8mm+ latest celebrity news 2 bloczki i 4 karabinki alpinistyczne oraz 3m taśmy rurowej
Łączność : Kaski Probell + intercomy Icom
Tuning: uchwyty na napoje + dodatkowy zaczep do holowania + off na komary

PS. Trwają już prace nad wersją evo 2 umożliwiającą starty w maratonach szybkościowych. Drżyjcie V8-mki !!!!!