Land Serwis

Campus Islandia Expedition 2011 – spotkanie z Humbakiem

W zeszłym tygodniu, po 32-godzinnym rejsie bujającym niemiłosiernie promem ekipa dotarła do krótkiego przystanku w podróży na Islandię, czyli do Wysp Owczych zwanych przez miejscowych Føroyar.

2011-07-29_24__Ten niesamowity archipelag tworzy 18 głównych wysp wulkanicznych o powierzchni górzystej. Wzniesienia przecinają liczne doliny, a wybrzeża – na ogół skaliste i strome, tylko gdzieniegdzie mają charakter fiordów. To rejon najwyższych w Europie klifów, jak np. znajdujący się na Viðoy klif przylądka Enniberg (745 m), zajmujący w Europie pierwsze miejsce.  Na ulotce informacyjnej, którą wręczano na promie, podkreślone było, że nie wolno biwakować „na dziko”. Niestety kemping niedaleko stolicy Torshavn okazał się placykiem wielkości boiska do piłki nożnej pełnym kamperów i przyczep, zatem uczestnicy wyprawy postanowili się zbuntować i ruszyli w kierunku półwyspu Glyvursnes, gdzie rozbili pierwszy wyprawowy obóz. W ciągu następnych dwóch dni ekipa zjeździła Wyspy Owcze wzdłuż i wszerz, ciesząc oczy niesamowitymi widokami i podpatrując tradycyjne strzyżenie owiec, po czym ruszyła promem na Islandię. Na miejscu podróżników oczarował ogrom groźnych i zarazem pięknych fiordów, których szczyty pokryte są płatami śniegu. Również pogoda wyjątkowo sprzyjała - bezchmurne niebo i temperatura 18 stopni to na tej wyspie nawet w środku lata rzecz niespotykana.

Jako że pierwszy dzień miał być „techniczny”, wyznaczona trasa była krótka, acz – jak się później okazało – bardzo ciekawa. Uczestnicy wyprawy ruszyli do wysuniętego  najbardziej na  północ punktu Fiordów Wschodnich. Przy miejscowości Borg udało im się nawet wypatrzyć trzy wieloryby spokojnie pływające w zatoce. Dalsza część trasy prowadziła przez góry Dyfjoll.  Droga wpinała się wąskimi serpentynami, a widoki na pobliskie stożki wulkaniczne zachwycały. Po 3 godzinach powolnej jazdy oczom podróżników ukazał się opuszczony kościółek stojący nad brzegiem fiordu. Jak się okazało, cała miejscowość Husavik składa się tylko i wyłącznie z tego kościółka.  Na nocleg ekipa upatrzyła sobie urocze miejsce nad rzeczką, gdzie można było spokojnie rozbić obóz, przepakować samochód po podróży promowej i zebrać siły przed dalszą podróżą.

Relacja Michała Reja (29-30.07):

2011-07-29_15__Poranek oczarował nas przepiękną słoneczną i ciepłą aurą. Było tak miło, że aż nie chciało nam się ruszać dalej. Po powolnym spakowaniu obozowiska ruszyliśmy w kierunku następnych ciekawych miejsc, które zaplanowaliśmy odwiedzić. Podróż główną drogą nr 1 nie należy do  najciekawszych,       więc szukaliśmy sobie urozmaicenia. Posiadając bardzo dokładną mapę topograficzną dla naszego GPS Garmin nie było to większym problemem. Jadąc w kierunku północnym, skręciliśmy na dróżkę oznaczoną numerem 901 która jest szutrowym skrótem głównej drogi i prowadzi przez klimatyczną miejscowość Modrudalur.  W tej mieścince jest parę domków wyglądających jak z bajki, nie tylko ich dachy porośnięte są trawą, ale również ściany obłożone są czymś przypominającym torf. Największe nasze zdziwienie wywołała stacja benzynowa wyglądająca tak samo jak domki.

Po tym krótkim postoju ruszyliśmy dalej w kierunku wodospadów na rzece Jokulsa a fjollum. Rzeka ta o typowo górskim charakterze wije się wśród olbrzymiego kanionu, niosąc niezliczone ilości prawie czarnej wody, której zabarwienie pochodzi od popiołów wulkanicznych. W bliskiej odległości od siebie położonych jest na niej 5 wielkich wodospadów. Selfoss, Dettifoss, Hafragilsfoss, Rettarfoss, vigabjargfoss.  Największy z nich 45-metrowy Dettifoss jest równocześnie największym pod względem mas przepływającej wody wodospadem w Europie.  Krajobrazy, które się mija, jadąc od wodospadów w kierunku północnym, wyglądają dokładnie tak jak krajobrazy ze zdjęć zrobionych przez amerykańskich astronautów na Księżycu. Widok jest famous people naprawdę zapierający dech w piersiach.

Około 11 wieczorem, kiedy zachodzi już powoli słońce i robi się większa szarówka (bo o ciemnej nocy można tutaj zapomnieć), dotarliśmy do miasteczka husami,  które jest centrum wypraw łodziami na podglądanie wielorybów.   Nocleg udało nam się znaleźć na plaży zaraz za miasteczkiem.

2011-07-29_5__Rano ruszyliśmy do portu skąd po szybkim zaokrętowaniu na kilkunastometrowy stateczek popłynęliśmy na spotkanie z olbrzymimi ssakami. Po około godzinie podróży przewodnik  głośnym krzykiem oznajmił, że na godzinie szóstej widział charakterystyczny „gejzer”  spowodowany wypuszczeniem powietrza. Po chwili naszym oczom ukazał się piękny i wielki 50-tonowy Humbak. Zwierzę to jednak nie przepada za hałasem spowodowanym przez śruby statku i po chwili zobaczyliśmy charakterystyczny manewr zakończony wystawieniem olbrzymiej tylniej płetwy z wody, po czym straciliśmy kontakt wzrokowy na parę minut. Manewr ten oglądaliśmy parokrotnie, aż skończył nam się czas przewidziany na wycieczkę. W drodze powrotnej podpłynęliśmy w pobliże wyspy zamieszkałej przez Maskonury. Ptaki te przypominają krzyżówkę pingwina i papugi. Poza okresem lęgowym mieszkają na morzu, są świetnymi nurkami potrafiącymi zanurkować za pożywieniem nawet na głębokość 60 metrów.

Wszystko co fajne, szybko się kończy, więc i my wróciliśmy do portu. Po szybkim zjedzeniu lunchu złożonego z doskonałych kabanosów Krakowskiego Kredensu udaliśmy się do jednego z najbardziej znanych miejsc islandzkiego Interioru . Myvatn wulkanicznej krainy czarów, w której pola czarnej lawy ustępują miejsca młodym górom, ciekawym kręgom kraterów oraz strumykom i jeziorom. Największym jeziorem jest Myvatn, którego miliony zatoczek, archipelagów i wysepek  rozłożone są z precyzją godną pola golfowego.   Miasteczko Reykjahlid leżące po północnej stronie jeziora słynie z drugiego co do wielkości po Błękitnej Lagunie kąpieliska geotermalnego. Ilość ludzi tam przebywających zniechęciła nas jednak do skorzystania z tego dobrodziejstwa natury.

31.07:

Z nad jeziora Myvatn ruszany w kierunku interioru, znajdujemy na mapie dróżkę oznaczoną jako szlak górski. Droga nas już od samego początku nie rozpieszcza, po paru godzinach kluczenia miedzy kamieniami dojeżdżamy do niesamowitego wodospadu Hrafnabjargafoss. Widok, który tam zastajemy, rekompensuje nam z nawiązką trudy drogi. Po sesji fotograficzno-filmowej z wodospadem w roli głównej, ruszamy dalej w kierunku południowym z zamiarem dojechania do drogi F910, którą dotrzemy do wulkanu i jeziora w nim położonego – słynnej Askji. Od wodospadu mamy do przejechania około 90 km, co wydaje nam się spokojnie do zrobienia w 3 godziny. Niestety droga weryfikuje nasze plany. To co my, nasz samochód a przede wszystkim nasze opony i amortyzatory przeżywają, jest trudne do opowiedzenia. 2011-07-29_7__Średnia prędkość, jaką osiągamy na tym szlaku, nie przekracza 10 km na godzinę. Kiedy wieczorem docieramy do drogi, która ma nas zaprowadzić do Kasji, z przerażeniem patrzymy na stan naszego paliwa. Do tego droga, która jest oznaczona na mapie kolorem żółtym, praktycznie nie różni się od górskiego szlaku. Zaczynamy liczyć, czy jesteśmy w stanie dotrzeć do cywilizacji, czy też będziemy musieli wzywać Islandzki Rescue Team. Sprawdziliśmy telefon satelitarny i wybraliśmy nową trasę w przeciwnym kierunku od zamierzonego wcześniej. Za cel na nocleg obraliśmy LANGMANALAUGAR - górskie schronisko położone na totalnym odludziu – 89 kilometrów od najbliższego miasteczka Akureyri. Droga prowadziła przez pola lawowe, wijąc się niemiłosiernie. Do tego po drodze zaliczyliśmy parę przepraw przez rzeki oznakowanych zakazem pokonywania w pojedynczy samochód. Po 18 godzinach jazdy ukazał nam się w reszcie budynek górskiego schroniska. Nocleg mimo temperatury wynoszącej 4ºC i wietrze wiejącym z taką prędkością, że bujało naszym samochodem niczym promem na morzu północnym, okazał się przyjemny dzięki działającemu z wielką mocą ogrzewaniu Webasto. Została nam tylko jedna wielka niewiadoma na poranek… Czy starczy nam paliwa na zjazd do cywilizacji.