Land Serwis

Marcin Francuz: Syberia mon amour

02 Pazdziernika 2013
Otwieram oczy i wyglądam przez uchylone okienko namiotu dachowego. Wokół góry masywu Kodar i Kalarskiego Grzbietu. Wysoko powyżej granicy 2500 metrów widać świeżo spadły w nocy śnieg. Powoli dociera do mnie fakt, gdzie się znajdujemy i dokąd właściwie jedziemy. Kradnę jeszcze tylko chwilę ciepełka bijącą od śpiącej obok istoty i wychodzę na rześki dzionek, aby przygotować poranną kawę.

Widok, jaki rozpościera się wokół, mógłby stanowić wspaniałą scenografię dla filmów rodem z dzikiego zachodu, albo być ilustracją do Uciekającego Pociągu Andrieja Konczałowskiego. Bezmiar gór, ciągnąca się dziesiątkami kilometrów tajga i przepiękne morenowe jeziora, a w to wszystko wpleciona naprawdę śmiało, poprowadzona w latach 70-tych ubiegłego stulecia Bajkalsko-Amurska Magistrala Kolejowa. Jesteśmy więc na BAM-ie!

Przygotowując śniadanie, powoli przypominam sobie minione dni… Zaczęło się w zeszłym roku od Hinkowego telefonu „Franc,u pojedziemy w końcu na tę Syberię czy też nie?” Z Jankiem od dawna już rozmawialiśmy o możliwości zorganizowania wyprawy na wschód,, ale przyznam się, że na początek bardziej myślałem o Pamirze, Tadżykistanie lub po prostu Gruzji. Chcąc, nie chcąc, Hinek stał się mentalnym prowodyrem naszej podróży, a ja zacząłem mozolne zbieranie informacji o czekających nas przygodach. W ciągu pół roku udało mi się skompletować niezbędną teoretyczną wiedzę o Syberii i powoli wykrystalizował się skład ekspedycji. Jedziemy zatem w sześć aut, a nasza trasa ma prowadzić przez Irkuck, Iwogiński Datsan, Ułan Ude, Kurumkan, południk 110 i dalej na wschód wzdłuż BAM-u aż do miasteczka Tynda. Tam mieliśmy zadecydować, co robimy dalej. Może Jakucja, Władywostok albo nawet Kamczatka.

Przed wyjazdem spotykamy się w Długosiodle, aby rozplanować logistykę działań i ruszamy ostatniego dnia lipca, planując nasz wyjazd na minimum 35 dni. Dzięki uprzejmości chłopaków z Gródka a w szczególności pomocy Groszka spotykamy się wszyscy wieczorem w posiadłości Romana i kosztując wspaniałych wschodnich specjałów spod znaku Ducha Puszczy oraz kąpiąc się w bani zaczynamy nasz wyjazd.

Kolejne osiem dni upływa nam na mozolnym pokonywaniu asfaltowych kilometrów, z rzadka tylko urozmaiconych szuterkiem, kiedy nawigacja Aigo lub Garmin prowadzą nas na skróty przez Białoruś lub gdy zjeżdżamy z głównej drogi, aby poszukać fajnego miejsca na kemp. Autka jadą dzielnie i pokonują od 700 do 1000 km na dobę. Czasami coś się psuje  w wynalazkach rodem z USA, ale nie na tyle abyśmy nie mogli dojechać do Irkucka. Tam spotykamy poznanego wcześniej via Facebook znanego zabajkalskiego blogera od tematyki 4x4, czyli Andrzeja, i już razem udajemy się do Buriacji. Słowo bloger lub internetowy wojownik doskonale charakteryzuję tę postać i jak to mówi stare porzekadło: „Jeśli masz coś zrobić z kimś, lepiej zrób to sam” .

Po wyczerpującej podróży odpoczywamy 1,5 dnia nad bajkalskimi ciepłymi jeziorami, a kolejnym obozem będzie położony nieopodal Ułan Ude buddyjski klasztor w Iwogińsku. Poznając tajniki buddyzmu i przyozdabiając maszyny przeróżnymi talizmanami spod znaku Mahakali, udajemy się na północ. Andrzej pokazuje nam przepiękną dolinę Bagruzinu, ale moje oczy wciąż skierowane są na masyw górski położony naprzeciwko. Jest on ogromny i spokojnie przerasta całe Tatry jakieś dwa do trzech razy. To masyw Bagruzin z najwyższym szczytem mierzącym ponad 2800 m - góry jak dotąd dziewicze pod względem eksploracyjnym i alpinistycznym, i aż kuszące, aby w nich pozostać na dłużej.

Jednak naszym celem jest droga wiodąca wzdłuż wschodniego brzegu jeziora Bajkał nazwana od południka, którym przebiega drogą 110. Wiele o niej słyszeliśmy, a z opowieści i filmów wielkich polskich podróżników wyłania się krwiożerczy i pełen terenowych wyzwań obraz grozy. Pozostawiwszy na biwaku Jarka po raz 9. usiłującego doprowadzić do ładu i składu swoją amerykańską wydumkę spod znaku V8 wyruszamy wraz z Zośką oraz Ewą i Zibim na rekonesans i próbę forsowania groźnie wyglądającej rzeki Bagruzin będącej swoistą przepustką do rezerwatu przyrody, przez który wiedzie początek osławionej 110-tki. Po 2 godzinach odnajdujemy przejazd przez rzekę, który pozwala na pokonanie tej przeszkody i zamoczenie koła do połowy felgi. Nie taki więc diabeł straszny, jak go malują! Po stosownej rejestracji w dyrekcji Parku decydujemy się na jazdę drogą na północ dopóki nie zapadną ciemności. Droga 110 do 67. kilometra to przeważnie górska stokówka poprzetykana gdzieniegdzie tzw. „łyżami”, czyli po naszemu jamkami z wodą i błotem oraz strumieniami i mniejszymi rzeczkami. Pod wieczór docieramy do głównej przeszkody terenowej, jaką jest zajęty przez zwisającego smętnie Urala mostek nad potoczkiem. Widząc zapadający zmrok i nie bardzo nadające się do biwakowania miejsce, popadamy ze Zbyszkiem w szał off-roadu, który kończy się klasyką, czyli wtopą naszych dwóch aut. Nareszcie coś się dzieje! Na pomoc przybywa nam druga grupa pod dowództwem Jarka i Wojtka, i wspólnymi siłami udaje nam się wywalić moje auto na bok, a potem go postawić i już koło drugiej nad ranem znajdujemy doskonałe miejsce biwakowe.

Kolejny dzień to próba forsowania drugiego brodu na Bagruzinie odłożona nieco w czasie ze względu na wysoki stan wody. Mamy więc cały dzień na dokonanie niezbędnych napraw i wieczorem na tzw. wierowce, czyli krótkiej linie, forsujemy Bagruzin przy pomocy parkowego Gaza 66. Niestety nasze auto, które jest bardzo mocno przeładowane i oczywiście leciwe, dostaje mocno w kość i pogięte lub wyrwane zostają w nim kluczowe elementy zawieszenia. Podczas wieczornego ogniska słyszę wiele słów prawdy o swoich zdolnościach terenowych a także sposobie prowadzenia wyprawy i właściwie już wiem, że chciałbym z tą drogą zmierzyć się sam.

Życzenie staje się faktem i następnego dnia późnym popołudniem zostajemy sami z Zosią i nieco pogiętym Patrolem nad znaną nam doskonale rzeką Bagruzin. Witaj przygodo! Dla nas zaczęła się prawdziwa Syberia. Niepomni na setki niedźwiedzi i kłębiące się wokół stada dzikich żmij rozkładamy biwaczek i wpatrujemy się w niebo pełne gwiazd. Całość romantycznej chwili dopełnia szum wiatru i szmer wartko płynącego Bagruzinu. Rano skleciwszy z pasów całe tylne zawieszenie udajemy się w drogę powrotną do cywilizacji. Jedziemy wolniutko, albowiem nie chcemy, aby tylny wał zwiedził nam komorę bagażową. Przy pomocy wyciągarki pokonujemy jedną kluczową jamkę i na wieczór meldujemy się w buriackiej bacówce. Pasterze udzielają nam gościny, a wspólny zakrapiany wieczór podparty degustacją anaszy naprawdę wart jest miliona dolarów. O dziwo, nikt nas nie zabił ani nie dokonał zbiorowego gwałtu, o czym zawczasu wielokrotnie informował nas zabajkalski znawca rejonu.

Kolejny dzień upływa nam na dotarciu do cywilizacji i poszukiwaniach warsztatu. W miejscowości Kurumkan poznajemy Maksima, który okazuje się geniuszem mechanicznym i już po półtora dnia nasz Patrol gotowy jest do dalszej drogi. Wieczorem dostajemy telefon od reszty grupy informujący nas o trudnościach, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć na pozostałym fragmencie 110. Wszyscy są już po drodze, która zajęła 5-ciu załogom dwa długie i ponoć mordercze dni. Tylko Zibi rzeczowo informuje nas, że wyciągarki użył 4 razy, a jadąc spokojnie na pewno damy radę. Spoglądam na Zośkę i już wiem, że z przyjemnością odbędę tę morderczą przygodę. Zośka. Dziewczyna spoza środowiska terenowego, która pojechała z nami, aby poznać Syberię i oczyścić głowę z trapiących ją problemów. Znamy się długo, bo ponad 10 lat, ale z zupełnie innej bajki. Znana przewodniczka górska i instruktor narciarski doskonale sprawdza się podczas syberyjskiej włóczęgi. Ta istota, o dziwo, potrafi wyłączyć butlę gazową, w której pękła uszczelka i to za pomocą własnej ręki, potrafi też przejść górską rzekę nieuzbrojona w piankę, kask, linę, a tylko poprawiwszy nieco sandały, zdumiewający jest ponadto fakt posiadania przez nią umiejętności operowania kluczami oraz piłą mechaniczną. Istota ta nie używa również siatki przeciw komarom, dzięki czemu zawsze możemy podziwiać jej piękny uśmiech oraz bajecznie kolorowe kolczyki. Posiadając takiego pilota, rączo udaję się na początek 110 i po spędzeniu kolejnego górskiego biwaku rozpoczynamy naszą terenową przygodę. 

Po kilkunastu godzinach malowniczej drogi wśród skał i nad przepiękną, połyskującą zieloną tonią rzeką ze zdumieniem odnotowujemy fakt, że trudności terenowe skończyły się, a przed nami już tylko szutrowa droga do wioseczki Kumora. Nasz Patrol spisał się bardzo dzielnie, windy używamy w zasadzie tylko trzy razy, a jedyny problem odnotowujemy na ciekawej i przepięknej sekcji kamiennej, którą to pokonujemy w nocy i na której wprasowuję nas w wystający kamień wielkości dwudrzwiowej szafy gdańskiej. Zestresowana Zośka usiłuje nawet za pomocą malutkiego przecinaka i młoteczka usunąć ów głaz, ale użycie wyciągarki skutecznie niweluje  problem. Docieramy zatem do BAM-u, niestety nikt nie wita nas kwiatami, ale cieszymy się na kolejne syberyjskie wyzwania… Gwizdek czajnika i wydobywająca się ciepła para odrywają me myśli od minionych dni. Podaje Zośce kawę i śniadanie do śpiworka – naprawdę na to zasługuje.

Pokonaliśmy już ponad 400 km wzdłuż BAM-u, ale przed nami jeszcze bez mała 1200 km. Niezawodny Zibi poprzez SMS-y informuje nas, gdzie aktualnie znajduje się ekipa i czego możemy się po drodze spodziewać. A spodziewać można się naprawdę wiele. Niezliczone kamienne objazdy zarwanych mostków, dziesiątki rzeczek i strumyków, zagubione miasteczka ze swoim specyficznym klimatem, pędzące wyładowane pociągi, bezkres tajgi i mnóstwo rozmów z przygodnie napotkanymi ludźmi. Jedziemy sami i pokonujemy jeszcze bród na Kuandzie, fajowy mostek na Vitimie (nie wiedzieć czemu nazwany najstraszniejszym na świecie) i stajemy przed mocną wezbraną rzeką Charą. Kiedyś był tu most, ale teraz należy przeprawić się około 200 m na drugi brzeg. Dno niestety jest muliste i wiem, że Patrol polegnie. Od czego jednak są koledzy napotkani przez nas w czasie drogi po BAM-ie. Wnet zjawiają się dwa Urale i jeden z nich asekurując nas na kinetyku, śmiało pokonuje rzekę. Patrol zanurza się powyżej lusterek, ale niezawodny sześciocylindrowy silnik produkcji japońskiej, cierpliwie pomrukuje spod tafli Chary. Na drugim brzegu czeka na nas Zibi i Ewa. Wreszcie po ośmiu dniach widzimy naszych kumpli. Trochę żałujemy, że skończyła się nasza samotna Syberia, niemniej jednak miło zobaczyć, że ktoś jednak choć trochę tęsknił za nami. Od Zbyszka i Ewy dowiadujemy się, iż przerażony widmem śmierci głodowej znany zabajkalski bradziaga zbiegł z wyprawy i w zasadzie znowu jesteśmy zdani tylko na własne siły. Sił jednak jest w nas mnóstwo i niepomni na dobre rady ruszamy dalej. Nocujemy tylko we dwie załogi kilkadziesiąt km za Nową Charą, ponieważ z resztą grupy niestety nie ma kontaktu radiowego, a nam zwyczajnie nie chce się jeździć po nocy. Troszkę boimy się niedźwiedzi, ale proporcjonalnie do spożycia Hazjaina Tajgi o nominale 40 % nasze obawy rozpływają się.

Rankiem znajdujemy ekipę na wezbranymi wodami rzeczki Khani i niezważając na ostrzeżenia, próbujemy ją sforsować z marszu. Nie udaje nam się, ale ponawiamy próbę tym razem z spięci kinetykiem z Jarkiem i po paru chwilach jesteśmy na drugim brzegu. Jeszcze podczas kamiennego wyjazdu udaje mi się zdjąć oponę – wszak niskie są me umiejętności jazdy terenowej, ale po rozmontowaniu i wylaniu wody z gumy możemy kontynuować naszą podróż. Docieramy do malutkiego domku położonego tuż przy torach. To tak zwany cieplak, czyli miejsce, gdzie można bezpiecznie przeczekać załamanie pogody. Domek wyposażony jest w kozę, zapas paliwa, podstawowe produkty żywnościowe, a nawet wędkę. Czekając na resztę grupy, celebrity gossip która wylewa nieco paliwa z wodą oraz spawa mocowanie resorów, Wujcio przygotowuje pyszną zupkę dla wszystkich. Wieczór umilają nam nocne Polaków rozmowy o autoreklamie.

Kolejnego dnia znowu jedziemy tylko ze Zbyszkiem i Hinkiem. Postanawiamy bowiem dłużej pospać, aby dać  wytchnienie nadwątlonym skrajnymi trudnościami terenowymi organizmom. Po jakimś czasie spotykamy ludzi, którzy pracują przy odnawianiu drogi technicznej. Ich domy w czasie sezonu to po prostu dwa sześciokołowe Ziły. Spędzamy razem z nimi dobrą godzinę, racząc się wyśmienitą herbatą i wymieniając uwagi o życiu na BAM-ie. Pokonujemy kolejny bród i doganiamy naszą forpocztę na jakimś kamiennym dołku. Okazuje się, że Mario urwał półoś w Dyskotece. Twierdzą jednak, że sobie poradzą, jedziemy więc przodem, aby przygotować przeprawę przez kluczowy dla naszej wyprawy most. Po drodze jeszcze jeden fajny, kamienny, długi bród i w końcu docieramy na biwak za dnia. Mamy sporo czasu na sklarowanie rzeczy, usunięcie drobnych usterek i przygotowanie posiłku, a wszystko to w akompaniamencie wielce ciekawego słuchowiska radiowego o tematyce awanturniczo-terenowej.

Kolejny dzień upływa nam na umacnianiu przyjaźni polsko-rosyjskiej na BAM-ie, co kończy  się zamawianiem szampana o czwartej nad ranem, a w konsekwencji lekkim bólem głowy i rozoraniem mojego prawego ucha o druty wystające ze ściany. Przed nami jeszcze tylko 300 km drogi, jeden bród i będziemy w Tyndzie. Około 25 km za gościnnym miasteczkiem w Gienryku rozpada się łożysko, a jego resztki skutecznie demolują czop piasty i nakrętkę. W częściach zapasowych figuruje czop, ale niestety bez nakrętki. Wracamy więc Toyotką Zibiego do miasteczka i w ciągu 3 godzin Jura, tokarz z 30–letnim doświadczeniem, dorabia nam kluczową nakrętkę. W tym samym czasie pozostawione na pastwę niedźwiedzi w przerażającej tajdze dziewczyny nawiązują wiele ciekawych znajomości z lokalnymi pogromcami BAM-u. Po powrocie do Patrola znany z autoreklamy Zibi montuje całe prawe koło w całość i spokojnie wieczorową porą podążamy nad ostatni na naszej terenowej trasie bród.

Biwakujemy nad piękną rzeką Chilchi i rano z drżącym sercem przejeżdżamy tę przeprawę lekko tylko zanurzywszy koła. Jeszcze tylko drobny remont chłodnicy i wieczorową porą dojeżdżamy do cywilizacji. Niestety nie dysponujemy namiarami na serwisy (cholerne kłopoty z łącznością), więc po spożyciu wspaniałego obiadku w chińskiej knajpce ruszamy w stronę drogi federalnej wiodącej w stronę Chity i Władywostoku. Kolejny dzień upływa nam na próbie serwisowania samochodów, podziwianiu zamkniętych w klatce niedźwiedzi oraz analizie możliwości powrotu koleją Transsyberyjską. Kiedy łączność powraca, dowiadujemy się, iż jadący samotnie w stronę Chity Hinek zanotował wybuch rozrządu w swoim Oplu Monterey’u Postanawiamy zatem wracać na kołach, po drodze zgarnąwszy Hiszpana Mario, który to próbował samotnie wracać przez Rosję po przejechaniu 4000 km po Mongolii. W Chicie spotykamy się z ekipą Hinka, czyli Wujciem i Michałem, i w wynajętym przez nich mieszkaniu urządzamy małe polskie przyjęcie. Zdegustowany naszą postawą Mario w nocy przeparkowuje swoje Iveco, a ja mam okazję do spotkania z rosyjską Policją. Hinek naprawia Montka, my zmieniamy oleje i przez następne sześć dni podróżujemy przez Rosję drogami federalnymi.

Droga powrotna okraszona jest wspaniałymi widokami, nocujemy nawet pod palmami i spożywamy kawior z szampanem gdzieś pod Czelabińskiem. Jeszcze tylko szybka wymiana prawego łożyska na autostradzie pod Mińskiem, sześciogodzinne załatwianie wizy białoruskiej dla Hiszpana, który z niedowierzaniem przyjął fakt, iż Polska jest w Unii Europejskiej, ostatnia wspaniała noc na Białorusi i budzimy się na spowitym porannym słońcem brzegu Niemna. Podziwiamy kolejnego niedźwiedzia (niestety znowu w klatce), łapiemy ostatnie promienie słońca na niemeńskim pomoście i odnajdując w sobie samych to co najcenniejsze po 41 dniach wyprawy, meldujemy się w Polsce.

Syberia jest jedną z najbardziej magicznych krain jakie było mi dane odwiedzić i zaprawdę mądre są słowa Romualda Koperskiego mówiące o tym, że ktokolwiek tam pojedzie zapragnie wrócić prędzej, niżby się sam spodziewał. My tam na pewno będziemy wracali, na pewno jednak na innych zasadach niż w czasie tej podróży.

W wyprawie Projekt X Buriacja-Zabajkale przygotowanej przez adrenalinka.pl wzięło udział 6 samochodów i 13 osób. Wszyscy cało i szczęśliwie powrócili do domów. Co pozostało w naszych głowach, zależało tylko od nas. Ja jednak jestem zakochany w Syberii na wieki. Dziękujemy firmie Pysio Control za wyposażenie nas w urządzenie Life Pack AED oraz firmie SKF za wsparcie sprzętowe.

Syberia mon amour!!!

Marcin Francuz