Croatia Trophy 2016: okłady z deszczu i błota

Tygodniowy rajd przeprawowy, który co roku odbywa się w północnej Chorwacji niedaleko granicy z Bośnią, słynie z morderczej trasy i nawarstwiających się trudności, z którymi mierzą się zawodnicy. Nawet przy ślicznej, majowej pogodzie niewielu udaje się sprostać wymaganiom bałkańskich organizatorów, którzy znają swój fach jak mało kto – w tym roku odbyła się 16. edycja rajdu! A ponieważ w tym roku deszcz padał przez cały tydzień, możecie sobie tylko wyobrazić, jakim wyzwaniem była rywalizacja w zawodach.

- Ładna pogoda skończyła się dzień przed rozpoczęciem rajdu, a powróciła tydzień później, gdy już opuszczaliśmy Chorwację – kręci z niedowierzaniem głową Wojtek Gołębiowski, dyrektor polskiej tygodniówki Magam Trophy (dziś już nieorganizowanej), który po raz drugi postanowił zmierzyć się z legendą „Croatii”. Tradycyjnie za kierownicą niewielkiego Can-ama Maverick, w towarzystwie pilota Tomka Dargacza i ze wsparciem serwisu Rafała Ciepłego. Na starcie zawodów stanęli również Mariusz i Kasza Kulakowie, których Polaris niestety już drugiego dnia stracił koło i część zawieszenia, zmuszając rodzinny duet do wycofania się z rywalizacji.

- Lało przez 6 dni bez przerwy, a temperatura oscylowała w granicach 6-10 stopni – kontynuują swą opowieść „Gołąb”. - Nawet obóz, w którym zaparkowaliśmy kamperem, był tak zalany, że trudno było przejechać przez niego naszą serwisową Navarą. Było ciężko, ale rajdowo!

Rajd tradycyjnie podzielony był na prolog i osiem etapów. By nikomu się nie nudziło, obok „zwykłych” etapów dziennych na zawodników czekały dodatkowe atrakcje: etap nocny, konkurencje zespołowe oraz wyścig na terenowej pętli. Chorwackie lasy to wymarzony teren do organizowania rajdów off-roadowych – nawet poruszanie się leśnymi duktami, w głębokich koleinach i błocie jest prawdziwym wyzwaniem – zwłaszcza dla niskiego Mavericka, który nieraz zahaczał o wysokie pieńki (jeden z nich spowodował potężny siniak na nodze polskiego kierowcy, który uderzył nią o zamek w drzwiach Can-ama). Niemal każdy etap to kilkadziesiąt kilometrów jazdy i niełatwej nawigacji. - Do dziś bolą mnie ręce od ciągłego kręcenia kierownicą! - śmieje się Wojtek. - Tomek zaś chyba dawno nie pokonał tylu kilometrów na nogach, szukając trasy i biegając z liną. O dziwo nigdzie się nie utopiliśmy, choć kilak razy pytano nas, czy mamy na pokładzie maski do nurkowania. Do pełni szczęścia brakowało tylko większej liczby trawersów, które pozostaną chyba znakiem rozpoznawczym Magam Trophy. Prawdziwą zmorą było w tym roku wszechobecne błoto, które wciskało nam się nawet do oczu.

Wojtek Gołębiowski i Tomek Dargacz rywalizowali w klasie Adventure, w której pod koniec rajdu zajmowali wysoką, 6. lokatę. Niestety na finałowych etapach szczęście ich opuściło. Awaria wyciągarki, którą ostatecznie zmuszeni byli wymienić na zapasową, a przede wszystkim wyciek z chłodnicy, z powodu którego nie dotarli do mety ostatniego etapu (choć odbili wszystkie obowiązkowe pieczątki), spowodowały ich spadek na 11. pozycję w klasyfikacji końcowej.

- Wynik na pewno mógłby być lepszy - kwituje Wojtek. - Stawiliśmy czoła o wiele większym i bardziej doinwestowanym zmotom na mostach portalowych i 40-calowych kołach. Wiele z nich wyposażonych było w hydrauliczne sterowanie kołami, które – nie wiem czemu – jest mało popularne w Polsce. Ale nie narzekamy, bo był to naprawdę fajny, ekstremalny tydzień w terenie. Długo jeszcze będziemy czuć go w kościach!

Text: Arek Kwiecień, foto: Damir Pildek / pildek.com