Bo pieniek był maleńki - Żelazna Jesień 2003

- To niesamowite, ale ci faceci za każdym razem robią imprezę lepszą od wcześniejszej, której i tak już nic nie brakowało – nie mogli wyjść z podziwu dla organizatora uczestnicy rajdu Żelazna Jesień (3-5.10). Ich zdaniem zawiodła tylko pogoda – było zbyt sucho...
- To niesamowite, ale ci faceci za każdym razem robią imprezę lepszą od wcześniejszej, której i tak już nic nie brakowało – nie mogli wyjść z podziwu dla organizatora uczestnicy rajdu Żelazna Jesień (3-5.10). Ich zdaniem zawiodła tylko pogoda – było zbyt sucho...

Żelazna Jesień była ostatnim w tym roku rajdem zaliczanym do Pucharu Żelaznej. Tym razem jego organizatorzy – Krzysztof „Kylon” Franciszewski i Krzysztof „Gruby” Osuch zaryzykowali, przenosząc zawody z okolic miejscowości Łętowo i Żelazna, gdzie tradycyjnie były rozgrywane, w rejon Malinówki – wioski położonej nieopodal Ełku. – Wcześniejszy teren był już zbyt dobrze znany zawodnikom – mówi „Kylon”. - Choć zawsze zmienialiśmy trasy i staraliśmy się o nowe atrakcje, niektórzy z nich radzili sobie już zbyt dobrze i dlatego postanowiliśmy przenieść rajd w inne okolice.

Formuła (i – co podkreślali zawodnicy – również świetna atmosfera) pozostała ta sama. Auta startowały w trzech klasach: ekstremalnej, wyczynowej (bez wyciągarki) i wyczynowej z wyciągarką, ale tylko dwie pierwsze zaliczane były do obejmującej wszystkie trzy edycje rajdu klasyfikacji rocznej Pucharu Żelaznej. Choć walka o punkty była bardzo zajmująca, niewiele mniej zawodników zdecydowało się na start w klasie, która pozwalała im na dużą swobodę w podejmowaniu decyzji. - Grupa wyczynowa z wyciągarką pomyślana została dla tych osób, które posiadają już lepiej przygotowany samochód, ale chcieliby jeszcze spokojnie potrenować – mówi Krzysztof Franciszewski. Zawodnicy ci, jadąc tą samą trasą co pozostali, mogli sami wybierać, które z wyznaczonych przeszkód zamierzają pokonać, a które woleliby „odpuścić”.

Załogi z klas ekstremalnej i wyczynowej bez wyciągarki mieli natomiast za zadanie skompletować siedemnaście pieczątek, które zostały rozmieszczone na trasie, oraz pokonać pod okiem sędziów trzy triale obserwowane, warte od trzech do pięciu pieczątek każdy. Trasa zawodów liczyła ponad pięćdziesiąt kilometrów i była pętlą wokół bazy rajdu, do której w każdej chwili można było powrócić. Auta niemal cały czas walczyły z bardzo urozmaiconym, trudnym terenem: trawersowały niebezpiecznie pochylone zbocza wąwozów, pokonywały głębokie rozlewiska błotne, czasem zmagały się z olbrzymimi głazami. Nie liczyło się, kto będzie najszybszy, ale kto będzie najdokładniejszy – zmieści się w wyznaczonym limicie czasu (33 godzin), skompletuje wszystkie pieczątki, a na próbach obserwowanych nie popełni błędu karanego przez sędziów. – Trzeba było dobrze zaplanować swój przejazd – mówi Jacek Betkier, który Nissanem Patrolem startował w klasie wyczynowej bez wyciągarki. – Trasa była długa i wymagająca, na jej pokonanie mieliśmy prawie dwa dni. Należało znaleźć czas na jazdę, odpoczynek, sen, jedzenie i ewentualne naprawy.

Zdaniem zawodników przydawał się GPS – dzięki niemu łatwiej było znaleźć bazę rajdu oraz miejsce, w które należało powrócić, by nie ominąć którejś z pieczątek. Psikusa organizatorom sprawiła pogoda, ponieważ od dwóch tygodni... nie padało.

Choć trasa rajdu była identyczna dla wszystkich zawodników, miejsca, w których umieszczone były pieczątki, w zależności od klasy różniły się stopniem trudności. Ekstremaliści zmagali się z bardziej wymagającymi przeszkodami, ale korzystać mogli z wyciągarek. Wyczynowcy mieli nieco prostsze zadania, ale liczyć mogli tylko na własne siły i ewentualnie przyrządy obsługiwane ręcznie. Dlatego popularne wśród nich było tworzenie oficjalnych teamów, na co zezwalał regulamin, z tym jednak zastrzeżeniem, że do klasyfikacji zaliczany był wynik najsłabszego auta jadącego w takim zespole.

Niekiedy utrudnieniem dla zawodników byli... ich konkurenci. Wprawdzie organizator zadbał o to, by na trasie nie tworzyły się korki (w tym celu wyznaczone były aż cztery punkty startowe), ale pewne miejsca, które zaznały już kół samochodów rywali, po ich przejeździe stawały się jeszcze bardziej wymagające. – Najbardziej „podpadły” nam ogromne Chevrolety Blazer, które swymi potężnymi kołami (jeden z nich miał 38-calowe opony!) mocno deformowały nam drogę – śmieje się Jacek Betkier. – Nawet mój dwutonowy Patrol miewał w tych miejscach problemy.

Na rajdzie nie obyło się oczywiście bez sytuacji zaskakujących, spektakularnych, a nawet komicznych. – Najbardziej spodobał mi się zawodnik, który z tak wielkim impetem chciał ruszyć z miejsca, po tym jak zaliczył jedną z cięższych prób, że nie zauważył ukrytego w trawie, niepozornego pieńka, co zakończyło się oczywiście efektownym dachowaniem – wspomina Krzysztof Franciszewski.

Ostatecznie w rajdzie Żelazna Jesień zwyciężył w klasie ekstremalnej bezbłędny Piotr Zakrzewski z pilotem Maciejem Żłobeckim (Mercedes G), ale Puchar Żelaznej przypadł w udziale tym razem drugiej na mecie, trzyosobowej załodze Range Rovera: Rafałowi Kuziemskiemu, Włodzimierzowi Babiczowi i Krystianowi Łukaszewskiemu. W klasie wyczynowej edycję jesienną rajdu wygrał Robert Woźnicki z pilotką Agnieszką Szczerbicką (Nissan Patrol), a Puchar powędrował do zwycięzców Żelaznej Wiosna i Lato - Jacka i Wojciecha Huszczów (UAZ 469B), którzy tym razem zajęli miejsce drugie. W niezaliczanej do klasyfikacji pucharowej klasie wyczynowej z wyciągarką „Jesień” wygrała załoga Jeepa Wranglera: Klaudiusz Rostowski - Jacek Szkop.

text: Arek Kwiecień, foto: Krzysztof Franciszewski

SochoWłodzimierz Babicz – zwycięzca Pucharu Żelaznej w klasie ekstremalnej:

Rajd był dla nas miłym zaskoczeniem. Po raz pierwszy „Żelazna” rozgrywana była w innym terenie, który okazał się jednak niemniej atrakcyjny od poprzedniego. Wytyczona trasa była bodaj najbardziej wymagająca ze wszystkich „Żelaznych”, w jakich dotychczas miałem okazję brać na udział. Jedyny minus – była za krótka, ale w przyszłości ma się to podobno zmienić. Do organizacji nie mam żadnych zastrzeżeń, przeciwnie – „Kylon” i „Gruby” sprawili się znakomicie, zadbali o perfekcyjne roadbooki, udało im się nawet przenieść w inne miejsce doskonałą atmosferę, jaka panowała we wcześniejszych edycjach. Drugie miejsce tym razem zajęliśmy na własne życzenie, pozwalając sobie na szkolny błąd – dwukrotne dotknięcie taśm na obserwowanym odcinku trialowym.


Artykuł opublikowany w czasopiśmie "Giełda Samochodowa", nr 88/2003 (844) z dnia: 4 listopada 2003 rok.

 

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.