Land Loversi na Dzikim Zachodzie - Dziki Zachód 2003

Już po raz drugi w tym roku Krzysztof Turchan i Witold Fedorowicz, znani jako ekipa Land Lovers, wzięli udział w zawodach organizowanych za naszą wschodnią granicą. Rajd Dziki Zachód 2003, który w połowie sierpnia odbył się w okolicach Kaliningradu, okazał się dla naszej załogi bardzo szczęśliwy. Polacy pewnie w nim zwyciężyli, pokonując rywali z Rosji i Litwy.
Już po raz drugi w tym roku Krzysztof Turchan i Witold Fedorowicz, znani jako ekipa Land Lovers, wzięli udział w zawodach organizowanych za naszą wschodnią granicą. Rajd Dziki Zachód 2003, który w połowie sierpnia odbył się w okolicach Kaliningradu, okazał się dla naszej załogi bardzo szczęśliwy. Polacy pewnie w nim zwyciężyli, pokonując rywali z Rosji i Litwy.

Rajd ten, zorganizowany przez młody Klub Miłośników Bezdroża „Dziki Zachód” z Kaliningradu, pod względem trudności trasy, czasu trwania oraz ilości rywali, nie dorównywał wprawdzie Ładodze Trophy, w której Polacy zajęli w tym roku 7. miejsce, ale mimo to dostarczył im wielu ciekawych przeżyć.

- Zaczęło się już na granicy – opowiada Witold Fedorowicz. – Gdy tylko się na niej zjawiliśmy, natychmiast wokół auta zgromadził się tłumek osób, dla którego największą osobliwość stanowiły nasze balonowe opony. Kopali w nie z zachwytem i dyskutowali między sobą o ilości papierosów, które mogłyby z powodzeniem pomieścić.

Dalsza podróż przez Kailiningrad w poszukiwaniu bazy rajdu przebiegała w atmosferze przypominającej nieoczekiwanie klimat Dzikiego Zachodu. Droga prowadziła ulicami, których dziury zagrażały nawet Land Roverowi przygotowanemu perfekcyjnie do ekstremalnych rajdów przeprawowych. Była druga w nocy, na chodnikach stało sporo hałaśliwej młodzieży, przy której bezpieczniej było nie zatrzymywać się z pytaniem o drogę... Z kłopotu Polaków wybawił dopiero kierowca taksówki, który zgodził się pilotować ich aż do samej bazy.

Rajd rozpoczął się dnia następnego na głównym placu miasta. Na starcie stanęło ponad dwadzieścia maszyn, które podzielone zostały na dwie klasy: sport i standard. Nasza załoga wraz z pięcioma innymi zaliczona została do klasy sportowej. Land Rover należący do Krzysztofa Turchana, wyposażony w mechaniczną wyciągarkę i błotne opony BF Goodrich, oklejony licznymi naklejkami świadczącymi o jego bogatym rajdowym życiorysie z miejsca zaliczony został do grona głównych faworytów rajdu. Na nic zdały się zapewnienia Polaków, że przyjechali tu przede wszystkim dla zabawy i skosztowania nowego rodzaju imprezy off-roadowej. Charakter rosyjskiego rajdu różnić miał się bowiem od typowych zawodów organizowanych w Polsce. Członkowie klubu „Dziki Zachód” zaproponowali rywalizację łączącą sportowy wyścig na czas z przeprawą w trudnym terenie i punktowanym, wymagającym precyzji trialem.

Etap pierwszy był więc typowym rajdem przeprawowym, którego areną zmagań były podmokłe lasy na wschód od Kaliningardu. Polska załoga choć narzekała na nie najlepszą pracę w błocie swoich nowych opon, które w rajdzie tym zastosowała w miejsce sprawdzonych już Simexów, zadaną trasę pokonała w tempie iście ekspresowym, uzyskując najlepszy czas przejazdu – godzinę i piętnaście minut. Następna załoga z klasy sportowej odnotowała na tym etapie ponad pół godziny straty. Zaraz po przejechaniu mety nasi zawodnicy spędzili dwie godziny na wyciąganiu z rowu wielkiego ciężarowego Urala, którego kierowca wypadł z drogi zszokowany wyjeżdżającymi z lasu terenowymi potworami. Wiele innych załóg, szczególnie z klasy standardowej, na metę dotarło dopiero w nocy po ponad dziewięciogodzinnej walce z terenem. Pozostali, sprawniejsi, w tym czasie już od dawna miło spędzali czas w obozie.

- Trzeba przyznać, że Rosjanie potrafią się naprawdę doskonale bawić – mówi Witold Fedorowicz. – Pod dużym namiotem organizatora (bo padał deszcz) siłowali się na rękę, tańczyli, jedli (powodzeniem szczególnie cieszyła się pyszna kasza gryczana z mięsną wkładką) i oczywiście pili gorzałkę, której nie brakowało.

Następnego dnia samochody przejechały kolumną na podkaliningardzki poligon, gdzie odbył się punktowany trial. Jego trasa miała bardzo urozmaicony charakter: prowadziła przez kopny piach, głębokie błoto, co pewien czas przecinała wodną strugę. Zagrożenie stanowiły również wystające z ziemi pozostałości wojskowych bunkrów. Ciekawym zadaniem był odcinek trzeci, który należało pokonać, jadąc... tyłem. W tej części rywalizacji nasz duet znów okazał się bezkonkurencyjny, uzyskując jedynie 17 punktów karnych.

Po południu załogi nierosyjskie, w tym nasza, otrzymały od organizatora przewodnika,  z którym zwiedzili Kaliningrad – rodzinne miasto Immanuela Kanta. Wycieczka, choć pasjonująca, nie mogła trwać długo – w nocy miał bowiem odbyć się kolejny etap rajdu. Tym razem rywalizacja polegała na pokonaniu niezbyt trudnej trasy według wskazówek zamieszczonych w itinererze. Polacy ponownie okazali się najszybsi, jednak nie najlepsi – po drodze ominęli jeden z punktów kontrolnych i w efekcie sklasyfikowani zostali na drugim miejscu za litewską załogą jadącą Nissanem Patrolem. Czując zbliżający się już koniec zawodów, resztę nocy wszyscy spędzili po raz kolejny na hucznej zabawie. Był czas na tańce, rozmowy, a nawet... rajdy po piaszczystym nadbrzeżu morza (ja bym napisałm,że po plazy i wydmach) (obóz tym razem zlokalizowany był na brzegu Morza Bałtyckiego).

Nic więc dziwnego, że ostatni etap zawodów polegający na wyścigu – tym razem oficjalnym – na półtorakilometrowej trasie wytyczonej na plaży rozpoczął się dopiero w południe dnia następnego. – Do boju zagrzewał nas widok wspaniale opalonych Rosjanek, którym auta terenowe chyba bardzo przypadły do gustu – wspomina rozmarzonym głosem Witold Fedorowicz. - Tym razem nie mogliśmy narzekać na nasza „Goodriche”, które pozwoliły nam znowu osiągnąć najlepszy czas ze wszystkich.
Trzy pierwsze miejsca i jedno drugie dały ostatecznie Polakom pewne zwycięstwo w rajdzie. Jak obaj twierdzą, nie były to najtrudniejsze zawody w ich życiu, ale za to przysporzyły im mnóstwo przyjemności.  – Była to wspaniała, nie tylko off-roadowa zabawa - mówią. – I znowu dane nam było poznać niezwykłych ludzi. To właśnie dla nich warto było tam pojechać. Szkoda, że w Polsce nie potrafimy się tak bawić...

text: Arek Kwiecień, foto: Katarzyna Kurowska, Krzysztof Turchan


Artykuł opublikowany w czasopiśmie "Giełda Samochodowa", nr 74/2003 (830) z dnia: 16 września 2003 roku.

 

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.