Scandinavian Airlines - VI Expedycja Kaszubia 2003

„Latający Szwedzi”. Taki przydomek otrzymała skandynawska załoga maleńkiej, niepozornej Suzuki Samurai, która zwyciężyła w klasie ekstremalnej na VI Expedycji Kaszubia. Mathias Theander i Per Ekman z kompletem 60 pieczątek dotarli na metę w sobotę o 14.40 (rajd rozpoczął się dnia poprzedniego, o 9 rano), podczas gdy następna załoga, zebrawszy 39 pieczątek, ukończyła zawody dopiero w niedzielny poranek.
„Latający Szwedzi”. Taki przydomek otrzymała skandynawska załoga maleńkiej, niepozornej Suzuki Samurai, która zwyciężyła w klasie ekstremalnej na VI Expedycji Kaszubia. Mathias Theander i Per Ekman z kompletem 60 pieczątek dotarli na metę w sobotę o 14.40 (rajd rozpoczął się dnia poprzedniego, o 9 rano), podczas gdy następna załoga, zebrawszy 39 pieczątek, ukończyła zawody dopiero w niedzielny poranek.

Wynik Szwedów był komplementowany nawet przez starych, off-roadowych wyjadaczy, a ocena „oni są klasą samą dla siebie” było wyrażeniem najczęściej pojawiającym się w rozmowach dotyczących zwycięzców. Żółta Suzuki z silnikiem, a raczej – jeśli przyrównać ją do dwu-trzylitrowej konkurencji - silniczkiem 1.0 na przeszkodach, które dla wielu rywali okazywały się nie do przebycia, nawet nie zatrzymywała się, a jeśli już, to tylko na chwilę, by jej pilot zaczepił o drzewo linę jednej z dwóch wyciągarek. – Atutem Mathiasa i Pera był również ich spokój, pewność siebie i swych ogromnych umiejętności – powiedział Piotr Zakrzewski, który wraz z Maciejem Żłobeckim zajęli miejsce za Szwedami. – W porównaniu z tym ułańska fantazja Polaków nie zdała się na nic.

Rajdy z cyklu Expedycja Kaszubia znane są ze specyficznego sposobu ich organizacji określanej jako „system gwiaździsty”. Baza imprezy stanowi jej centrum, z którego wytyczonych jest kilka tras. Zawodnicy podzieleni na klasy mogą wystartować z bazy lub w połowie każdej z tras, co powoduje, że na drogach przejazdu nie tworzą się korki i przestoje.

Miejscem na trasie, które stanowiło gwóźdź programu, był długi na dwa kilometry „Żółty Kanion”. - Niektóre trawersy, które tam wyznaczyłem, nie dawały mi spać nawet przez kilka dni – zdradził Adam Sas, organizator imprezy. – Przed samym rajdem, dręczony wyrzutami sumienia, pojechałem nawet zmienić jedno z zadań, ale niestety nie wziąłem z sobą taśmy i w końcu machnąłem na to ręką.

W efekcie przejechanie kilku odcinków o łącznej długości około czterystu metrów zajmowało nawet bardzo sprawnym załogom czasem i kilkanaście godzin. – Pęcherze na dłoniach mam jak bochny chleba – stwierdził na mecie jeden z zawodników. Dla organizatorów rajdu były to słowa najwyższego uznania.

Złoty Kanion nie był jednym fragmentem trasy, którego ocena w oczach uczestników rajdu wypadła tak bardzo pomyślnie. - Jeździliśmy w różnych regionach kraju, ale to, co zobaczyliśmy, przeszło nasze oczekiwania: brak zabudowań po horyzont, olbrzymie, leśne obszary i jazda, jazda bez końca – powiedział Janusz Horzelski, który w rajdzie startował Willysem. W opinii zawodników rozmaitych trudności było akurat w sam raz. Na trasie dominowały trawersy, ale nie brakowało również odcinków błotnych czy szutrowych. A że nie było łatwo, najlepiej dowodzi „krwawe” żniwo Expedycji - kilka aut wylądowało na boku, a dwa z nich nawet dachowały.

Urozmaicając rywalizację, w niedzielę rozegrano dodatkowe konkurencje. Zawody o tytuł „Twardego” polegały na szybkościowym pokonaniu jednego z odcinków, a zwyciężył w nich UAZ rodzinnej załogi Jacek i Wojciech Huszcza. Sporo emocji było również przy próbie wykrzyżu zorganizowanej na metalowej rampie – tu Mercedes G duetu Zakrzewski-Żłobecki nie dał szans rywalom, uzyskując wynik 79 cm.  
Rajdom z cyklu Expedycja Kaszubia nie potrzeba reklamy. Co dobre, ludzie dobrze wspominają. A następna „Kaszubia” – już we wrześniu.

text: Arek Kwiecień, fot. Izabela Kania


Artykuł opublikowany w "Giełdzie Samochodowej" , nr 50/2003 (806) z dnia: 24 czerwca 2003 roku

 

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.