I runda Poland Trophy 4x4 Terenowiec Extreme - extrem przed duże E

Kiedyś podczas wywiadu usłyszałem pytanie: "Co jest najtrudniejszego w rajdzie w Bobolicach?" Odpowiedziałem wówczas bez zastanowienia: "Dojazd (500 km). A później to już sama przyjemność!" - o I rundzie Poland Trophy 4x4 Terenowiec Extreme opowiada Marcin Małolepszy.

I edycja Poland Trophy to rajd, na który długo czekaliśmy. Nurtowało nas wiele wątpliwości. Jak będzie? Jakie czekają nas tereny? Czy będą odcinki z pływającymi łąkami? Okres przygotowań minął nadspodziewanie szybko (przez co jak zawsze nie udało nam się nanieść wszystkich poprawek, które planowaliśmy), za to 9-godzinna trasa dojazdowa ciągnęła się w nieskończoność.

PROLOG
W czwartek meldujemy się w Bobolicach, a w piątek już rejestracja, badania techniczne, odprawa i wreszcie oczekiwanie na prolog.
Cały czas powtarzamy sobie: prolog nie jest najważniejszy. Trzeba go przejechać i zmieścić się w okolicach 4-6. miejsca. Strategia jest prosta. Jedziemy spokojnie, zachowawczo, aby nie uszkodzić auta. Przecież to dopiero początek rajdu. Na wszelki wypadek tradycyjnie całą trasę pokonujemy najpierw na nogach, by wyszukać i ocenić zagrożenia. Zapowiada się szybki odcinek, którego czas zadecyduje o kolejności startu do etapu nocnego.

Ruszają pierwsze samochody. Najpierw załogi z klasy ADV, a następnie NOL. Ostanie przygotowania, podjeżdżamy na start, powtarzając w myślach mantrę: "Tylko spokojnie,  spokojnie". Ale jak tu zachować spokój, gdy adrenalina buzuje, a duch sportowej rywalizacji podpowiada "gaz w podłogę"! Co chyba nie jest najlepszym pomysłem w przypadku lekkiego auta z silnik o mocy blisko 200 KM.

Odliczanie i ruszamy. Udało się spokojnie, bez strzału ze sprzęgła. To chyba pierwszy prolog, który pokonujemy zgodnie z założeniami. Na prostej gaz w podłogę, a na przeszkodach wolniej, by nie uszkodzić auta.

Szybko lądujemy na mecie, gdzie możemy wreszcie odetchnąć. Adrenalina opada i ruszamy w kierunku rynku w Bobolicach, który wkrótce zapełniają auta z klas ADV i NOL, na które czekają bodaj najtrudniejsze trasy w Polsce.

Kolejny raz ustalamy, a w zasadzie powtarzamy  do znudzenia  wcześniejsze założenia na rajd: jedziemy spokojnie i bez ciśnienia! Nocny etap trzeba pokonać z kompletem punktów, a później będziemy się zastanawiać, czy zmieniamy strategię.

Około 17:30 pojawia się lista z wynikami z prologu. Po zapoznaniu się z nią zastanawiamy się... co poszło nie tak? Miało być miejsce w okolicy 4-6., a jesteśmy na... 1! I jakby tego było mało, mamy 7-sekundową przewagę nad kolejnymi załogami. Nasz czas to 1:23.

ETAP NOCNY
O godzinie 18 Maciek Rachtan daje nam sygnał startu. Początek to dojazdówka asfaltem do pierwszego OS-u. Tutaj jedziemy bardzo spokojnie. Czas dojazdówek nie ma znaczenia. Trzeba "tylko" zmieścić się w 8 godzinach - tylko lub aż!

Dojeżdżamy do upragnionego terenu. Parkujemy nasze EVO6 przed startem i ruszamy na oględziny trasy. Po kilkunastominutowym oglądaniu wracamy do samochodu z zamiarem przepuszczenia innych załóg, aby nie musieć przecierać trasy. Niestety dużo zwalonych drzew, strome trawersy i bagno nie zachęcają naszych konkurentów do wjazdu na OS.

W końcu podejmujemy decyzję, że startujemy jako pierwsi. Szybkie przygotowanie, zapinanie pasów, sprawdzanie blokad i ustawień dźwigni reduktora. Pierwszy OS na nocnym odcinku zaczyna się od stromego zjazdu. Potem następuje trawers na przemian z podjazdami. Po chwili jesteśmy w miejscu, w którym podczas oględzin spodziewaliśmy się największych problemów. Nasze auto ma silnik wysokoobrotowy od Suzuki Hayabusa, który w terenie wymaga bardzo specyficznego podejścia. W skrócie trudno nim jechać inaczej niż na pełnym gazie. W tym kluczowym miejscu mieliśmy plan, by dojechać do przeszkody i ocenić szanse na jej pokonanie. Zanim spostrzegam się jednak, auto po lekkim dodaniu gazu gładko pokonuje przeszkodę, budząc we mnie niekłamane zdziwienie, że tak łatwo poszło.

Kolejne strome trawersy idą jak z płatka, aż do momentu gdzie świat (dosłownie) stanął na głowie. Przed nami stromizna gęsto zarośnięta drzewami. Nie mamy czasu na torowanie drogi, więc szybko podejmujemy decyzję, że choć zbocze ma nachylenie około 45 stopni, pokonamy je bez asekuracji, celując między dwa drzewka. Niestety prędkość poruszania się z racji charakterystyki naszego silnika (albo jedziesz, albo stoisz) jest na tyle duża, że chybiam w naszą bramkę o kilka centymetrów, a jednym kołem wjeżdżam na drzewo na wysokość prawie 70 cm. Na ratunek  jest już za późno: nasze EVO6  - auto, o którym myśleliśmy, że nie da się przewrócić - odkleja się od ziemi i trzykrotnie turlika w dół. W off-roadzie nie ma rzeczy niemożliwych! Ląduję na dachu, szybko uwalniam się z pasów i wyskakuję z auta, aby jak najszybciej spróbować z Łukaszem postawić je na kołach, zanim olej przeleje się do filtra powietrza. Posiłkując się wyciągarką dachową, udaje nam się przewrócić Jimny o 180 stopni, po czym robimy szybką analizę strat. Czy już po rajdzie? Czy uda się naprawić i jechać dalej? Przez chwilę mamy mętlik w głowie. Strat trochę jest, ale nie wygląda aż tak źle. Uszkodzony drążek i oberwany wentyl w lewym tylnym kole. Zabieramy się jak najszybciej za organizowanie części i narzędzi niezbędnych do dokonania naprawy. Czas leci nieubłagalnie. Wiemy, że jesteśmy w kiepskiej sytuacji. Musimy opanować emocje i skupić się na tym, aby jak najszybciej wrócić na trasę. Cały czas martwimy się, czy olej przelał się na tłoki, co jest największym zagrożeniem dla silnika. Naprawę zaczynamy od wymiany uszkodzonego drążka. Następnie zdejmujemy filtr powietrza i widzimy, że nie jest dobrze. Olej jest tam, gdzie nie powinno go być. Pojawia się pomysł, żeby spróbować odpalić auto, ale w taki sposób, by tylko ustalić, czy silnik jest zblokowany. Ostatecznie decydujemy się wykręcić świece (dziękujemy Maćkowi i Jackowi Muszom za wypożyczenie klucza), co okazuje się słuszną decyzję. W cylindrach pływa olej.
W parę minut usuwamy problem i zakręcamy świece. Czas ucieka, a nas doganiają rywale. Pocieszamy się, że przejazd zajął im więcej czasu niż nam. Nie będzie to miało jednak znaczenia, jeśli po usunięciu oleju silnik naszego Jimny i tak nie odpali. Na dodatek mamy jeszcze problem z filtrem powietrza. Tak się zawziął, że za żadne skarby nie chce wrócić na swoje miejsce - musimy więc jechać dalej bez niego, co jest dość ryzykowne.

Po dokonanej reanimacji próbuję zastartować - nieśmiało ze strachu przed zdemolowaniem wału korbowego. Najpierw delikatne próby rozrusznikiem, potem nieco śmielej i wreszcie jest! Hayabusa odpala i ku naszej radości pracuje równo. Trochę dymimy, ale to normalne, bo muszą dopalić się resztki oleju z cylindrów. Na naszych twarzach znów pojawia się uśmiech. Zostaje jeszcze koło do wymiany, ale machamy na nie ręką, bo szkoda czasu. Beadlock pozwoli nam ukończyć OS nawet bez powietrza.

W ciągu kilku minut doganiamy załogi, które w międzyczasie nas wyprzedziły. Jeszcze przed dotarciem do bagna znów wychodzimy na prowadzenie. Lekkie auto świetnie radzi sobie w dużym błocie, które pokonujemy "górą" i  tylko raz używając przedniej wyciągarki.

Jeszcze kilka bezproblemowych przeszkód i wreszcie meta! Po odhaczeniu się u sędziego przystępujemy do dalszych napraw, a dokładniej do wymiany koła. W międzyczasie zerkamy na OS, żeby sprawdzić jak daleko są nasi koledzy. Ku naszemu zdziwieniu nikogo nie widać. Szybko zakładamy zapas i ruszamy na dojazdówkę. Auta terenowe nie lubią asfaltu, ale nie ma na to rady - trzeba jakoś dojechać do upragnionego terenu.

Drugi OS składa się również z dużej liczby stromych trawersów, zjazdów i podjazdów. Robi się już całkiem ciemno. Szybka decyzja - szkoda czasu na oględziny! Poruszamy się jednak o wiele wolniej, mając świadomość, że nasze auto jednak się przewraca. Częściej podpinamy liny. W niespełna godzinę jesteśmy na mecie. I znów kilkanaście kilometrów dojazdówek. Bobolice to genialny teren pod rajd ekstremalny, a jedyny minus to długie dojazdówki, których bardzo nie lubimy. Ucieka wtedy czas, który każdy off-roadowiec wolałby spędzić na trawersie lub w błocie.

Po drodze, jeszcze na asfalcie, łapie nas awaria wężyka od kompresora. Zaraz po dotarciu na start OS-u 3 zabieramy się za naprawę. Jesteśmy spokojni, bo zostały nam jeszcze 3 godziny na pokonanie dwóch prób.  

Temperatura w okolicy zera, a kolejny oes to przede wszystkim głęboka woda, bagna i mnóstwo pniaków pozostawionych przez bobry, nie wspominając o zwalonych drzewach, które kryją się pod powierzchnią wody. Na początku nie jest jeszcze tak źle, ale później zaczyna się bagno i dywany, z których wystają półmetrowe pniaki. Jest ich tak wiele, że momentami nie ma sposobu, by wszystkie ominąć. Na nasze nieszczęście jeden zaczepia się o wahacz, i aby uwolnić się od niego, musimy użyć wyciągarki do asekuracji. Nie pomaga nam silnik, który albo wchodzi na 10 000 obrotów, albo gaśnie. W rezultacie kilkukrotnie zrywamy linę. Jakby tego było mało, jeden z pniaków zahacza nam o tylne koło i krzywi drążek. Jego wymiana zajmuje nam około 15-20 min., a w międzyczasie dogania nas załoga braci Musz.

Ruszamy za kolegami z pomarańczowego samochodu. Dalej okazuje się, że trasa zawalona jest drzewami. Obaj piloci przez kilkanaście minut walczą z odtarasowaniem drogi. Wreszcie podejmujemy decyzję, że spróbujemy wyprzedzić naszych rywali z prawej strony, brodząc w głębokiej wodzie, a następnie płynąc. W pewnym momencie Łukasz zauważa, że kończy nam się czas i zadaje pytanie retoryczne: czy opuszczamy OS? Obaj zgodnie uznajemy, że walczymy do końca. Nie po to jedziemy 500 km przez Polskę, by potem skracać sobie trasę! Pucharek to rzecz ważna, ale zabawa i frajda z jazdy jeszcze ważniejsza! Jedziemy, czasem płyniemy i tak pokonujemy kolejne metry bagna. Wreszcie docieramy do sędziego. Odbijamy kluczyk i patrzymy na zegarek. Mamy tylko 18 minut do końca 8-godzinnego limitu czasu! Jesteśmy dobrej myśli - zdążymy! Ale nawigacja jest innego zdania, pokazując, że od mety dzieli nas aż 18 kilometrów. Musimy jednak spróbować! Kiepsko oświetleni, ubłoconym autem mkniemy po krajowej drodze, osiągając momentami prędkość 90 km/h. W terenie zabudowanym słyszymy jednak głos rozsądku. Nie warto ryzykować - rajd ma być walką w błocie, a nie na drodze publicznej, gdzie można wyrządzić krzywdę komuś lub sobie. Po całej nocy EVO jest mocno wymęczone i nigdy nie wiadomo, czy nie odpadnie mu koło czy coś innego.

W bazie meldujemy sie 2 minuty po czasie. Według sędziego nawet 5 minut. W tym momencie to nie ma znaczenia - i tak jest już po rajdzie. Regulamin jest nieubłagalny, nie ma, że boli. Dla nas rywalizacja się kończy. Dostajemy najwyższą z możliwych kar, czyli niesklasyfikowanie na etapie. Jest ona tak dotkliwa, że nie mamy już możliwości podjęcia walki w dzień. Oczywiście możemy jechać dalej, ale wynik i tak się nie zmieni, i tak będziemy ostatni. Humory nie najlepsze. A może trzeba było odpuścić ostatni odcinek? Ale my przecież nigdy nie odpuszczamy! Walczymy zawsze do końca! Jeśli mamy jechać na rajd i odpuszczać odcinki, to po co w ogóle startować?

Zostaje nam tylko obmyć z błota i utopić smutki w butelce... wody. Rozmowy o niedocenianiu starań zawodników trwają do 4 rano. Budziki nastawiamy na 8 rano z zamiarem porannej naprawy auta i kontynuowania jazdy mimo braku szans na poprawienie wyniku. W końcu przyjechaliśmy tu jeździć, a nie wczasować się!

ETAP DZIENNY
Rano okazuje się, że bracia Musz również nie ukończyli trzeciego OS-u i otrzymali taką samą karę jak my, czyli najwyższą. A więc dwie załogi, które jechały najlepiej i zaliczyły najwięcej OS-ów, zajmują paradoksalnie dwa ostatnie miejsca.  Maciek i Jacek dochodzą do tych samych wniosków co my i postanawiają walczyć na odcinkach dziennych, na których - jak się później okazuje - nie mają sobie równych. Ostatecznie jednak w klasyfikacji awansują tylko o jedną pozycję.

Szykujemy auto do startu, kilka drobnych napraw, przewinięcie lin i ruszamy w start pierwszego OS-u. Dojazdówkę pokonujmy na lawecie, bo szkoda nam jeździć po asfalcie i ścierać mocno terenowe opony. Wiemy, że po nocy czeka nas niełatwe zadanie, bo nie udało nam się naprawić wspomagania kierownicy, które mocno nam utrudniało płynną jazdę na odcinkach poprzedniego etapu.

Rozpoczynamy do tego samego OS-u co w nocy, ale pokonywanego dziś w przeciwnym kierunku. Startujemy jako ostatnia załoga, więc gdy docieramy na miejsce, trasa jest już mocno rozryta, a do wjazdu czeka długa kolejka aut. Koledzy chętnie nas przepuszczają i szybko doganiamy załogi, które wystartowały dużo wcześniej. Niestety wtedy awarii ulega prawy przegub zewnętrzny tylnego koła. Naprawa zabiera około 15 minut i ruszamy dalej.

Przed nami trawers, na którym z powodu braku wspomagania i wkręcającego się na wysokie obroty silnika postronnym osobom może wydawać się, że nie potrafimy jeździć autem. Ale jakoś sobie radzimy i nawet wyprzedzamy kilku kolejnych konkurentów.

Dalej decydujemy się jechać na czwarty OS, którego jesteśmy bardzo ciekawi, ponieważ w nocy nie udało nam się do niego dotrzeć. Przez chwilę szukamy startu, a następnie bez zastanawia rzucamy się na... głęboką wodę. Płyniemy dosłownie przez środek ładnego jeziora! Po paru minutach wyjazd na dywan i znów jeziorko, tym razem trochę głębsze. Łukasz momentami nie sięga dna i musi płynąć obok EVO6, który potwierdza swą 100% niezatapialność. Przed metą zaliczamy jeszcze błoto i rów ze strumykiem, a na koniec przebijamy się przez gęstą ścianę z suchych gałęzi. O szybę nie obawiamy się, bo i tak była już pęknięta po nocnym rolowaniu.

Po dotarciu do lawety krótka dyskusja, czy wracamy na OS3. Wynik nie ma znaczenia, a za kilka dni czeka nas kolejny rajd... Wspólnie postanawiamy jednak zmierzyć się z wyzwaniem, które w nocy kosztowało nas najwięcej czasu. Szkoda odpuszczać taką fajną błotną zabawę. Wjazd na odcinek i od razu pełno niespodzianek. Pniak za pniakiem, błoto i woda. Kilka przepinek wyciągarki przedniej i doganiamy jakąś załogę. Aby ją ominąć, decydujemy się wjechać do jeziora. Na pierwszym biegu i lekkim gazie EVO zamienia się w niezłą motorówkę. Mniej szczęśliwy jest Łukasz, który spory odcinek musi przepłynąć w kombinezonie. Na drugim brzegu jeziora czeka na nas dywan z trawy. Podpinamy wyciągarkę i próbujemy się na niego wydostać, ale koło nurkują pod dywan i zrywamy linę. Szybka naprawa i znów próbujemy. Tym razem do pomocy używamy wyciągarki dachowej, aby przechylić auto do momentu wskoczenia na dywan. Wreszcie udaje się i teraz już zostaje nam tylko prosta droga do mety. Czas przejazdu to około 46 minut, ale wynik i tak nie jest zaliczony, bo OS pokonywaliśmy treningowo niezgodnie z kolejnością.

Czas na wnioski. Gdyby nie surowość regulaminu, załogi Marcin Małolepszy i Łukasz Kożuchowski, oraz Maciek i Jacek Musz zajęłyby miejsca na podium. Zaistniała sytuacja dała organizatorowi do myślenia i w kolejnym rajdzie Poland Trophy każdy będzie mógł walczyć aż do końca bez zbędnych kalkulacji przez pełnych 8 godzin.  Zaliczone oesy nie będą anulowane w przypadku utknięcia w bagnie na kolejnym odcinku, więc zawodnicy nie będą mieli już obaw, że utracą to, co do tej pory osiągnęli. Razem z kolegami off-roadowcami dziękujemy za tę zmianę, bo teraz hasło "Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą" jest w 100% prawdziwe.

Na koniec jeszcze mały apel do organizatora. Wielu z nas uważa, że rajd w Bobolicach był po prostu za trudny. Znacznie lepiej byłoby, gdyby 7-8 załóg zaliczyło komplety, a nie po jednym OS-ie. Zamiast narzekać, że nie wyjeździliśmy się wystarczająco w terenie, moglibyśmy wówczas porównywać nasze wyniki, ocenić, ile straciliśmy do najlepszych. Poddajemy to pod rozwagę!

text: Marcin Małolepszy, fot. Seweryn Panek

WYNIKI:
Wyniki NO LIMIT | Wyniki ADVENTURE | Wyniki CHALLENGE

KOMENTARZ MACIEJA RACHTANA:
Jak definiujemy słowo Extreme w wydaniu Poland Trophy? Przykładem jest I edycja PT4x4TE w Bobolicach, która odbyła się 22 – 23 kwietnia 2016. Przyjechały na nią najlepsze załogi z całej Polski, żeby zmierzyć się z terenem i własnymi słabościami. To był prawdziwie Ekstremalny Rajd Przeprawowy.
Wytyczając OS-y,  z udostępnionego terenu staramy się "wycisnąć" jak najciekawsze elementy przeprawowe. Założenie jest takie, żeby było ciężko "na maxa", aby zawodnicy, którzy ukończyli PT, mogli powiedzieć, że to właśnie był Extreme przez duże E. Staramy się, aby trasa była bardzo trudna, ale wciąż do przejechania. Żeby trawersy były długie i treściwe, a bagno czy woda była prawdziwym wyzwaniem. Tym właśnie dla nas jest Extreme i tego spodziewać się możecie na PT4x4TE.
Bobolicach znane są od zarania dziejów z ciężkiego terenu, dlatego to właśnie tam realizujemy I rundę PT, a zawodnicy, którzy tam przyjeżdżają doskonale powinni zdawać sobie sprawę, na jaką imprezę jadą. Tu się nie odpuszcza i walczy do końca, a efekty przychodzą same. Jedni wracają smutni, że sprzęt odmówił, drudzy mówią, że za ciężko i nie wjeżdżają w OS, inni walczą do końca i takich załóg jest najwięcej. I właśnie takie jest PT. Tego będziemy trzymali się i tak będzie na następnych edycjach PT4x4TE, więc jeżeli ktoś twierdzi, że jeździ w Extremie, to niech to będzie Extreme, a nie delikatne upalanie w błocie.
Na pierwszej rundzie PT4x4TE pojawiła się czołówka klasy NOL, ADV i CHL oraz kilkanaście nowych załóg. Wszyscy podjęli wyzwanie, ale nie wszyscy pokonali komplet OS-ów (a szkoda!). Walka trwała jednak do samego końca, a to w PT jest najpiękniejsze. Na bazie było słychać głosy, że „ciężko”, że „szok”, że „tak jeszcze nie było”... A mnie przypomina się edycja z 2009 z Walimia, gdy podczas Odcinka Nocnego spadł deszcz i wszyscy mówili to samo, że „ciężko”, że „szok”. Walim pozostał jednak kultowym miejscem i co roku przyjeżdża tam masa załóg, by sprawdzić się - podobnie jak w Bobolicach.
Podsumowując,  była to jedna z cięższych rund PT4x4TE, ale nikt wieczorem, podczas podsumowania, przy rozmowach nie marudził, a z bazy wszyscy wyjeżdżali uśmiechnięci i zadowoleni. Zapraszamy na kolejne edycje – obiecuję będzie ciekawie ;-) Sokółka już czeka na Was w czerwcu.

Pozdrawiam!
Maciej Rachtan
Formularz na: www.pt-serwis.pl

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.