18. Breslau Rally 2011 – potencjał jest... Epos Marcina Francuza

Właśnie dotarliśmy do Polski po 26-godzinnej podróży z rozegranej w Rumunii i Bułgarii 18. edycji rajdu Breslau. Podobno Breslau jest największą amatorską odmianą rajdów typu maraton na świecie. Rzeczywiście, jeżeli chodzi o długość trasy odcinków specjalnych i dojazdówek, czyli - odpowiednio - 1580 km i 2800 km, Breslau w wersji rumuńsko-bułgarskiej ustępuje tylko największym imprezom tego typu przygotowywanym specjalnie dla profesjonalistów.

Ale zacznijmy od początku. Po deklaracji uczestnictwa w imprezie dość długo nie otrzymywaliśmy od organizatorów żadnych informacji poza tymi, że będzie fajnie.

Jak fajnie to fajnie - rajd zaczynać miał się w Budapeszcie, więc kilkoro z nas wykupiło sobie loty do tego właśnie miasta. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na 10 dni przed imprezą dowiedzieliśmy się, że jednak Węgier nie będzie, a na start musimy stawić się nieopodal Baja Mare. Bagatelka: 488 km po górach. W moim przypadku oznaczało to przebijanie się z Białorusi non  stop  przez 20 godzin… Szczęśliwie wylądowałem na miejscu pierwszego campu 15 minut przed startem prologu. Niestety nikt z grona organizatorów nie umiał mi powiedzieć, gdzie on jest. Dopiero rumuński policjant poinformował mnie, abym udał się 4 km w dół doliny i tam znajdę rozpoczęcie imprezy.

Machina ruszyła i wraz z 3 polskimi ekipami zaczynamy naszą przygodę z 18 Breslau. Prolog to szybka, króciutka, bo 8 km pętla po górach. Na jednym z mostków swój udział w imprezie kończy jakaś załoga z klasy cross country. My, czyli Ignacy Lenkiewicz wraz z Krzysztofem Klisiem w swoim Guciu evo2, Jarosław Grochowski wraz z Krzysztofem Wysockim w seryjnym Patrolu GR Y60 2.8, Zbyszek Popielarczyk i ja w Zibcarze, oraz Piotr Czarnecki i Zbyszek Dolata w LR Tomcat jedziemy spokojnie i plasujemy się w środku stawki. Po krótkiej przerwie następuje start do pierwszego etapu liczącego 80 km, który składa się z dwóch pętli wiodących raz w jednym, a raz w drugim kierunku. Tu poznajemy tajniki rumuńskiego roadbooka, który czasami jest precyzyjny, a czasami potrafi przekłamywać dokładnie we wszystkim. Niestety już podczas tego odcinka LR Tomcat ulega pierwszemu defektowi technicznemu.

Kolejny dzień to dwa etapy po górach Maramureszu. Pierwszy z nich to ciekawa nawigacja i koszmarne błędy w roadbooku począwszy od 120. km aż do końca, czyli 147. km. Terenu do użycia wyciągarki nie ma żadnego i powoli zaczynamy się domyślać, że to może być zwykłą ściganka, a dopisek extreme w naszej klasie o niczym nie świadczy. Podczas drugiego z etapów, uczuleni na słynne opowieści o ominięciu żółtych parasolek (będącymi CP) tracimy 2 godziny czasu na pomiarach azymutalnych i próbie wyprowadzenia nas z matni. Co ciekawe na właściwej drodze w roadbooku byliśmy już po 40 minutach, jednak nie wiodła one przez charakterystyczne punkty terenowe i zdecydowaliśmy się (pomni kary za opuszczone CP) powtórzyć trasę raz jeszcze. Na mecie w kolejnym obozie meldujemy się dość późno i po tym etapie nasze straty do czołowych załóg wynoszą już ponad 3 godziny.

Przed kolejnym etapem bardzo uważnie słuchamy odpraw, niestety nie ma w nich mowy o żadnych konkretach, a jedynie jest prowadzanie niemieckich turystów za rączkę i informacje o lokalnych ciekawostkach turystycznych. Jedyny konkret, który udaje nam się wydobyć od organizatora to ten, że po pierwszym liczącym 160 km OS będzie 150 km dojazdówki i dobrze by było, abyśmy pokonali ją na lawetach.

OS przebiega nam bardzo poprawnie i po 3 godzinach meldujemy się w komplecie 3 polskich załóg na mecie. LR Tomcat  ponownie ma defekt i pokonanie tego odcinka zajmuje mu ok. 5 godzin. Ładujemy auta na lawety i szybciutko ruszamy na długą dojazdówkę. Ku naszemu zdziwieniu droga asfaltowa zmienia się w szuter, a ten prowadzi nas do wąwozu i kilku brodów. Zaczyna się prawdziwy off-road! Szkoda tylko, że raczej dla naszych holowników i lawet… „Udaje” nam się urwać koło w jednej z lawet, ale szczęśliwie po pięciu godzinach dojeżdżamy do miasteczka, z którego w odległości pięciu kilometrów ma być start.

Niestety roadbook zawiera (wiel)błąd i zamiast 5 km pokonujemy 20, aby w ogóle odnaleźć punkt startowy. Organizatorzy informują nas, że OS jest długi, bo liczy 186 km, a po nim do kolejnego campu mamy jeszcze 80 km na kołach. Wiemy już, że ten odcinek będziemy jechali po zmroku, zdejmujemy więc osłony na ksenonowe reflektory w Zibcarze. Startujemy w odstępie jednej minuty: najpierw Ignaś, potem Groszek i na końcu my. Odcinek jest szybki, lecz szalenie niebezpieczny. Na trasie napotykamy dziesiątki maszyn leśnych i powoli wyobrażamy sobie, co musiało się tu dziać kilka godzin wcześniej. Może to i lepiej, że jedziemy ten fragment już po 18-tej. W pewnym momencie na trasie spotykamy wiszących na windzie Groszka i Wyspę. Rzeczywiście podjazd jest stromy i dla ich Patrola zabrakło ledwie 3 metrów, aby wspiąć się na szczyt. Niestety po podjeździe nie ma drogi, a taśmy organizatora sprowadzają nas na dno doliny. Co ciekawe niektórzy odnaleźli drogę wg roadbooka, a inni nie. Podejrzewamy, że zdenerwowani bzykającymi rajdówkami robotnicy leśni po prostu przewiesili flary i mieli spokój. Kończymy ten długi OS już w ciemnościach,  po drodze spotykając organizatorów przerażonych tym, co jest na trasie. Nie dziwię się: jeden błąd i lecisz w przepaść, co w przypadku tej imprezy oznacza czekanie na pomoc do nie wiadomo kiedy. Nasze auta nie mają bowiem lokalizatorów, telefonia komórkowa nie działa w promieniu 40 km, a na rodbooku są ledwo dwie wioski i kilka budek pracowników leśnych. Taka klasyczna górska Rumunia.

10 minut po nas na metę wpada Ignaś, a 20 minut później Groszek z przyczepionym wyciągarką drążkiem kierowniczym. Jadąc na camp, spotykamy rumuńskiego koordynatora rajdu, który zmierza na metę zażegnać konflikt z leśnikami. Zawracamy go z trasy, informując, że na mecie są tylko zziębnięci sędziowie. Tego dnia na campie każdy jest lekko poirytowany, ponieważ ci, co jechali w dzień, prawie pozabijali się o LKT, ci co po południu dostali mandaty, a ci co wieczorem, czyli my, mieli pozmienianą trasę. Próbujemy rozmawiać z ORG-ami, ale zdaje się, że nas zlewają.

Jako że organizatorzy zbierali maruderów do piątej nad ranem, na kolejnej odprawie dowiadujemy się, że kolejny etap jest skasowany i następnego dnia mamy tylko liczącą 650 km dojazdówkę na camp w Bułgarii. Jedziemy więc do miejscowości Durankulak tuż obok rumuńskiej Konstancji. Sam kemping to stary, komunistyczny ośrodek pięknie położony nad samym morzem Czarnym. Bułgarzy, którzy nas powitali, oświadczają nam, że jutro sądny dzień. Podobno będziemy wyć do księżyca i błagać nasze matki, aby nas stąd zabrały. Na naszą ekipę pada lekki strach i chcemy przeglądać windy, lecz uświadamiam im, że na pewno to bzdury, gdyż w tej okolicy jest tylko kukurydza.

Po porannej odprawie dowiadujemy się, że czekają nas dzisiaj dwa OS-y po 120 km każdy. Z zaplanowanej 40 km trasy po wybrzeżu Morza Czarnego zostały w zasadzie tylko 3 km, bo Unia, ptaszki i tym podobne ble, ble. A CZEGO ONI SIĘ KU…WA SPODZIEWALI? Że ktoś w UE puści rajd brzegiem morza ? Mkniemy więc te OS-y, pilnie wypatrując miejsca kaźni. Okazuje się ono dnem krasowej dolinki, w czasie której trzeba ze 4 razy zapiąć reduktor. Ignaś ma lekki defekt drążka i zagotowuje godzinną stratę. Tego dnia definitywnie z rajdem żegna się nasz Tomcat, po wykonaniu boka i rolki na  dużej prędkości. Chłopaki wychodzą z tego cało, ale niestety pojazd nie nadaje się już do jazdy. Powoli awansujemy w generalce, ale staramy się na to nie patrzeć tylko rozkminiać, o co w tym wszystkim chodzi.

Następny dzień to znowu 260 km OS wśród kukurydzy. Ukuwamy wtedy pojęcie „popcorn rally”. Nasz Zibcar sprawuje się dzielnie - Zbyszek prowadzi go z wielką wprawą przy prędkościach rzędu 130-150 km/h, a mi udaje się uniknąć błędów w nawigacji. Zresztą, co trzeba przyznać uczciwie, bułgarskie roadbooki są idealne! Na campie kwitnie życie towarzyskie i poznajemy mnóstwo ciekawych ludzi z Dakarowym doświadczeniem. Integrujemy się mocno z Francuzami, co w przyszłości zaowocuje wyjazdami na ciekawe europejskie rajdy. Wszyscy już wiedzą, że jeżeli chodzi o organizację to nic nie może się równać z MT Rally i Transgothicą, a jeżeli chodzi o trophy to istnieje coś takiego jak Magam czy Zmota Challenge. Na wieczornej odprawie dowiadujemy się, że przedostatni dzień rajdu to prawdziwy maraton. Najpierw 330 km OS-u z godzinną przerwą na dotankowanie, a następnie 480 km dojazdówki na ostatni camp w Rumunii.

Razem z chłopakami postanawiamy zaatakować, widząc, jak bardzo mylą się Niemcy w nawigacji. Startujemy jako 26. załoga. Przed nami motory, samochody z klasy Cross Country i 5 z ekstremu. Już po 2 godzinach jesteśmy zdecydowanymi liderami. Cudem udaje nam się wyjść z pewnej jamy, w którą wpadamy przy 90 km/h, ale fakt, że doklepujemy wszystkim,  dodaje nam skrzydeł. Na mecie OS-u jesteśmy jeszcze przed sędziami, a pierwszy samochód z klasy CC pojawia się dopiero po 7 minutach. O liderach z klasy extrem zapominamy, gdyż nie ma ich przez bite pół godziny. Świetnie również na tym etapie spisują się Ignac z Goszkiem, zagotowując odpowiednio 3 i 4 miejsce. Po drugiej w nocy (niepotrzebnie zwiedziwszy przełęcze na 1500 m n.p.m.) docieramy na camp i szykujemy auto do decydującego starcia.

Domyślam się już, że może być dużo CP oraz że roadbook (znowu Rumunia) będzie słaby. Udaje nam się podpuścić liderujących Niemców i spowodować ominięcie CP. Jednak i my wpadamy w ogromną dziurę i urywamy poduszki silnika. Modląc się o to, aby Zibcar dojechał, ostatecznie plasujemy się na 3. miejscu w „generalce”. Tuż za nami, bo odpowiednio na 5. i 6. miejscu kończą zmagania załogi Ignasia i Groszka. Potem był już tylko bankiet i bardzo długa podróż do domu.

Reasumując: 18. Breslau Rally był imprezą typowo cross-country. Jeżeli organizatorzy posłuchają naszych uwag to wersja rumuńsko-bułgarska mogłaby być 4 razy ciekawszą imprezą niż klasyczne Drezno-Wrocław. Bo potencjał terenowy jest ogromny!!! Ale czy tak zrobią to kto wie?

Marcin Francuz, fot. Robert W. Kranz (rallyewerk.com)

18. Breslau Rally 2011 - wyniki klasy Extreme:

1. Martin Hähle – Wolfgang Braun (G, Toyota)
2. Roland Brack und Carmen Hrup (CH, Toyota)
3. Zbigniew Popielarczyk – Marcin Francuz (PL, UAZ)

18. Breslau Rally 2011 - wyniki klasy Cross-country:

1. Jörg Grünbeck – Thomas Dasinger (DE, Mercedes)
2. Petar Minchev und Alexander Stoyanov (BG, Mitsubishi)
3. Rainhard and Pauline Friedl (AT, Mitsubishi)

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.