Breslau Poland 2015 - etap VI. Chwila wytchnienia

Po kilku dniach spędzonych na (nie)gościnnym poligonie w Biedrusku, który odcisnał wyraźny ślad na kondycji wielu pojazdów, zawodnicy rywalizujący w rajdzie Bresalu Poland 2015 udali się na północ Polski. Etap VI z odcinkiem specjalnym prowadzącym z Okonka do Bornego Sulinowa w porównaniu do poprzednich był okazją do zasłużonego wypoczynku. Niepozorne przeszkody niektórym sprawiły jednak psikusa.

Zawodnicy klasy cross-country na swej trasie napotkali rzeczny bród, który (jadąc bokiem) można było pokonać z wodą "po kolana", ale zaatakowany centralnie czasem stawiał opór. Przekonali się o tym między innymi Izarelczycy z Pointera, walczący o zwycięstwo w swej klasie, których auto nieoczekiwanie straciło ochotę do dalszej jazdy. Po długich próbach silnik w końcu zaskoczył, wypluwając z rury wydechowej biały dym. Mniej szczęścia miał niestety Michał Latoch, który do rzeki dotarł na 2. miejscu wśród motocyklistów. Podczas przeprawy silnik jego KTM-a zassał wodę i odmówił dalszej współpracy, a nasz zawodnik musiał wezwać na pomoc organizatora. Bród nie był za to żadnym problemem dla Pajero Hanny Soboty i Bowlera Adama Bomby, a także ciężarówek Ostaszewskich, którzy w mgnieniu oka znaleźli się na drugim brzegu i popędzili w kierunku mety.

Quady i samochody z klasy ekstremalnej omijały wprawdzie rzekę, ale musiały skonfrontować się z błotnistym przejazdem przez las, na którym tworzyły się coraz głębsze koleiny. Zawodnikom jadącym "w czubie" (m.in. naszym quadowcom oraz "Walterom"), udało się jeszcze pokonać go wierzchem, ale trudniejsze zadanie czekało tych, którzy walczyli z tyłu stawki. Mniej sprawne załogi utykały w błocie, blokując innych zawodników. Prawdziwy popis niefrasobliwości dała ekipa z niemieckiej Gelendy, która nie potrafiła wydostać się z pułapki nawet z pomocą zblocza. Ruszyli, gdy zrezygnowali wreszcie z używania wyciągarki elektrycznej i... postanowili urchomić bezczynnego dotąd "mechanika"... W tej sytuacji w prawdziwie anielską ciepliwość musieli uzbroić się Maciek i Beata Pelcowie, którzy długo czekali na swoją kolej. Zablokował ich między innymi francuski Range Rover, w którym na środku przeprawy padł akumulator. Polacy podjechali do niego z tyłu i kablami pożyczyli prąd. W nagrodę, gdy Francuzi odjechali, odkryli, że pod wpływem dużego obciążenia w ich Patrolu zaczęła topić się instalacja. Szybka naprawa w środku lasu zakończyła się powodzeniem i wkrótce byli już na kampie, gdzie za sterami wozu bojowego wyżywała się niezmordowana Alina Kramer.

- Dziś pokonaliśmy tylko 63 kilometry - opowiada nasza zawodniczka. - Było dosyć łatywo, bez jakiś "konkretnych" przepraw, poza jedną w lesie, gdzie leżało sporo przewróconych drzew. Oczywiście nie ominęły mnie niespodzianki: start miałam opóźniony, ponieważ w ostatniej chwili przepalił mi się bezpiecznik. Później zdarzyło się to po raz drugi, ale już na trasie - na szczęście zamiennik podarowała mi załoga z przejażdżającego auta. Jechałam tak szybko, że przed końcem etapu silnik zaczął się gotować - wtedy znów musiałam przystanąć, by trochę go schłodzić. Dziś było łatwo - zwłaszcza w porównaniu do "masakrycznego" etapu środowego. Chyba wolałabym, abyśmy w czwartek przejechali jeszcze fragment kolejnego etapu, bo na piątek zaplanowano aż 260 kilometrów.

Odroczona zgoda na korzystanie z poligonu w Drawsku Pomorskim sprawiła, że organizatorzy rajdu muszą "sztukować" finałowe etapy z różnych oesów. Piątkowy Hannibal na pewno będzie długi, a w upale zapowiada się na bardzo wyczerpujący.

text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.