Budapeszt – Bamako 2015 - kompletna relacja Sebastiana i DaN-a

Wyruszają z centrum Europy, finiszują w sercu Afryki. Po drodze pokonują 10 tysięcy kilometrów po bezdrożach, mogąc liczyć wyłącznie na własne siły i przygodną pomoc spotkanych na swojej drodze tuziemców. Zaraz, zaraz – zarówno rajd Dakar, który zdążył się na wskroś skomercjalizować, jak i Africa Eco Race, która wciąż podąża śladami Thierry'ego Sabine'a, w tym roku dotarły już do mety, a my zakończyliśmy je relacjonować. O czym więc mowa? O rajdzie Budapeszt – Bamako, czyli „alternatywnym” Dakarze, zwanym również "Dakarem dla biedaków", w którym najważniejszą rolę nie grają pieniądze i sportowa rywalizacja, ale chęć przeżycia przygody i sprawdzenia hartu ducha.

W ubiegłą środę do Budapesztu, gdzie rozpoczynała się 10. jubileuszowa edycja rajdu, wyruszyli Sebastian Ciuła (Unitest Team) oraz Daniel Burzyński (4xDrive Team). Jakie auto wybralibyście do pokonania afrykańskiego maratonu? Niezawodną Toyotę, popularnego Land Rovera lub może nowoczesnego, wytrzymałego SUV-a? Sebastian i DaN, którzy na co dzień rywalizują w topowych rajdach przeprawowych i cross-country, na jedną z najważniejszych podróży swego życia wybrali... leciwe Subaru Justy 4x4. Trochę zmodyfikowane i przygotowane na potrzeby rajdu. Postanowili wystartować w klasie TOURING i bardzo chcieliby dojechać do mety w Bamako (Mali), którą planowo powinni osiągnąć 1 lutego. Do naszej redakcji obiecali w miarę możliwość przesyłać zapiski ze swego dziennika. Ich podróż od samego początku naznaczona jest przygodą...

Piątek sobota, 16 – 17 stycznia (Super Stage: Budapeszt – Tanger 3100 km)
Startujemy o godzinie 15 z rampy, oczywiście przebrani, jak zalecał organizator. Rezygnujemy z promu z Genui, zamierzając całość trasy dojazdowej pokonać na kołach. Nasza prędkość przelotowa to jakieś 130-140 km/h, więc na trasie łykamy wszystkich. Na granicy Włoch z Francją okazuje się, że uszczelka pod głowicą przepuszcza olej do wody (na 1200 km pół litra oleju w wodzie). Mamy na to plan: dociągnąć śruby głowicy, jechać nieco wolniej i dotrzeć tak do Maroka. Tam miejscowi magicy za paczkę fajek pewnie wytną nam nową uszczelkę. W sumie po prawie 30 godzinach jazdy i 2200 km nocujemy w Walencji.

Niedziela, 18 stycznia
O 11 startujemy z Walencji i staramy się ostatnie 800 km zrobić na raz, żeby przeprawić się promem do Tangeru, a potem mieć dzień wolnego – planujemy, aby w poniedziałek wieczorem przywitać chlebem i solą resztę zawodników, którzy przypłyną z Europy promem.
Po drodze w okolicach Granady trafiamy na śnieżycę i mamy pierwszą poważną awarię. Nowa żarówka H4 odmawia posłuszeństwa! O 23 wjeżdżamy na prom do Tangeru. Po półtorej godzinie dryfowania jesteśmy na Czarnym Lądzie, który wita nas megaulewą. Pierwsze spotkania z miłymi i mającymi czas na wszystko tubylcami. Późna kolacja na mieście i zasłużony odpoczynek, jutro kilka chwil na mały rekonesans i we wtorek w drogę!

Poniedziałek, 19 stycznia
Przywitanie z Afryką - wybita szyba, auto wyczyszczone. Na giełdę w Tangerze poszło: koła zapasowe, klucze, części, śpiwory, buty, ciuchy (nawet używane majtki Sebastiana), prezenty dla dzieci z Mali, cały prowiant i radio. Zostały nam tylko namioty i trapy. Mamy trochę skarpetek, szczoteczki do zębów i na szczęście całą elektronikę. Zyskaliśmy szybę z plexi i zryte głowy...
Mamo, proszę przyślij pieniążki, bo mi się skończyły! (numer konta do wiadomości w redakcji – przyp. AK).



Wtorek, 20 stycznia – Etap 2

Wstajemy rano pełni obaw o nasze auto, pomimo tego ze stało na parkingu strzeżonym. Okazuje się wszystko w porządku, ruszamy w drogę. Na początku chcemy jechać zgodnie z roadbookiem, w który mamy zaznaczone około 20 WayPointów, ale po drugim punkcie WP w centrum Rabatu (dojazd w korkach ponad 1h) stwierdzamy, że nie ma możliwości zrobić wszystkiego w jeden dzień nawet odrzutowcem. Więc wybieramy tylko nieliczne punkty. Dojazd do bazy w megadeszczu, postanawiamy nie spać na campie w namiocie, bo pada mocno deszcz i temperatura jest bardzo niska. Jedziemy do centrum i do późnej nocy szukamy jakiegoś sensownego noclegu i idziemy spać.

Środa, 21 stycznia – Etap 3
Wyruszamy wcześnie rano, żeby szybko przedostać się przez góry Atlasu. Lecz po 100 km jazdy na wysokości 1500 m okazuje się, że drogi są totalnie zablokowane przez padający śnieg. Powstał wielokilometrowy korek na przełęczy, gdzie utknął nawet organizator. Postanawiamy zawrócić i objechać góry Atlas od strony morza. Ponieważ jest już bardzo późno i straciliśmy bardzo wiele godzin w górach, za cel stawiamy sobie dojechanie do Agadiru, żeby o normalnej porze położyć się spać i rano wypoczęci ruszyć w dalszą drogę. Kiedy już jesteśmy w ogródku i witamy się z gąską, 70 km od celu silnik nie odpalapo zatankowaniu samochodu i przez chwilę myślimy, że to już koniec silnika. Lecz po około półgodziny przedziwnych zabiegów, udaje nam się go uruchomić i dojeżdżamy spokojnie do celu. Dziś kładziemy się wcześnie, bo jutro rano wyruszamy na etap czwarty pełni nadziei, że uda nam się zobaczyć metę w Bamako.

Czwartek, 22 stycznia – Etap 4
Dziś postanawiamy pospać troszkę dłużej, bo mamy do zrobienia około 400 km, a to przecież bułka z masłem. Po śniadaniu wsiadamy w samochód, ale po przejechaniu 2 kilometrów silnik gaśnie. Cały entuzjazm nadchodzącego dnia uchodzi z nas w mgnieniu oka. Po około pół godziny postoju i sprawdzeniu wszystkiego, co wydawało się, że mogło się zepsuć, silnik nagle ożywa i... my też! Po przejechaniu około 50 km zaczynają się pustynne klimaty. Droga wyłożona bardzo starym asfaltem jest idealnie wkomponowana w krajobraz i z kilometra na kilometr coraz bardziej przysypana pisakiem. Po drodze natrafiamy na pierwszą w naszej podróży burzę piaskową. Póki co odcinek czwarty uważamy za najlepszy w całym wyścigu. Pod koniec etapu, kierując się na wskazany koordynat, przejeżdżamy już częściowo przez wydmy. Na mecie etapu, ukazuje nam się oaza, której to widok stanowi wspaniałe zwieńczeniem tego dnia. Wydaje nam się, że po dzisiejszym etapie nadal jesteśmy najlepszą załogą w swojej kategorii.

Piątek, 23 stycznia - Etap 5
Wczoraj wieczorem trafiliśmy na przeuroczą oazę, ale coś za coś, nie było ani prądu, ani internetu, wićc o 21 spaliśmy już grzecznie w łóżeczku. Dziś rano wstajemy o 7 i wyruszamy na 5. odcinek, który miał prawie 600 km. Oprócz standardowych kłopotów z silnikiem i monotonnej podróży nic szczególnie interesującego nas nie spotkało. Jedynie pod koniec etapu co jakiś czas na horyzoncie pojawiały się stada dzikich wielbłądów. Przed metą odcinka udaje nam się zrobić jeszcze krótki serwis naszego samochodu i dojeżdżamy do wioski Bojdour. Dzisiejsza trasa przebiegała przez zachodnią Saharę, która znajduje sie w strefie wojny i w związku z tym w tej części Maroka panuje podwyższony stopień bezpieczeństwa. Co około 50 km można spotkać kontrole policyjne, które zatrzymują każdego. Jutro czeka nas najdłuższy odcinek w Maroko - będziemy mieli do przejechania prawie 650 km, a camp będzie usytuowany niedaleko mauretańskiej granicy.

Sobota, 24 stycznia – Etap 6
Dziś dzień podobny do wczorajszego, szybki przelot na limicie Subaryny, olej w zbiorniczku i gasnący silnik to awarie, do których się przyzwyczailiśmy, na szczęście nowych brak. Śpimy dzisiaj 80 km od granicy Mauretanii, ostatnim bastionie cywilizacji. Pogoda w dzień prawie afrykańska, lecz wieczorem bardziej alpejska. Dziś skorzystaliśmy z pomocy mechanika przy drobnych wymianach eksploatacyjnych i poznaliśmy czeską załogę, która bardzo chce za nami przekraczać granicę. Natomiast od jutra zaczynają się najtrudniejsze etapy wyścigu, oto krótki cytat z roadbooka na niedzielę: „After successfully navigating through the minefield you'll arrive at the Mauritanian side”

Niedziela, 25 stycznia – etap 7
Dzień zaczyna się spokojnie i leniwie. Do granicy z Mauretanią mamy 80 km, a dalej na camp tylko 70 km, więc wydaje nam się, że nic poza niecodziennym przekroczeniem granicy już nas nie spotka. Stojąc w kolejce wyjazdowej z Maroka, silnik gaśnie, a przy próbie odpalenia, zaczyna wydawać dziwne dźwięki, więc na wszelki wypadek prosimy chłopaków jadących Land Roverem straży pożarnej, żeby wzięli nas na hol. Samo przekroczenie granicy wyjazdowej Maroka zajmuje nam około 5h, potem przejazd przez strefę buforową (gdzie można naoglądać się rożnych dziwnych rzeczy – są tam handlarze walutą, samochodami i innymi dziwnymi rzeczami). Wjazd do Mauretanii idzie w miarę szybko i sprawnie. Jadąc na holu w kierunku campu, zauważamy przy drodze „mechanika”, który ma wiaderko kluczy i deklaruje, że wszystko potrafi zrobić. Po około godzinnej dyskusji na migi i oglądaniu silnika, gość stwierdza to, co już wiemy, czyli że motor jest zepsuty, na co my pytamy go, czy potrafi to zrobi i ile będzie to kosztować. On odpowiada, że tak i że nie powinno to przekroczyć 2000 euro. Z oczywistych względów postanawiamy sprawę przemyśleć i ruszamy do campu. Humory zupełnie przestają nam dopisywać, gdy nagle na horyzoncie pojawia się tajemniczy Arkadiusz. Okazuje się, że nasz nowy kolega mechanik jest lepszy niż legia cudzoziemska na obcej ziemi i w ciągu kilku godzin przy naszej skromnej pomocy udaje nam się reanimować silnik. Jako że tego dnia camp mamy na pustyni, a wcześniej skradziono nam wszystkie rzeczy, postanawiamy spędzić noc w samochodzie.

Poniedziałek, 26 stycznia – etap 8
Dzień zaczynamy jeszcze przed świtem i przed wschodem słońca, wyruszamy w stronę kolejnego campu, oddalonego 400 km od stolicy Mauretanii - Nawakszut. Droga jest bardzo monotonna i męcząca. Po drodze wjeżdżamy w sporą burzę piaskową i udaje nam się przekroczyć prędkość (według pomiaru na oko policjanta), za co uiszczamy mandat: dwa długopisy, puszkę cola coli i paczkę papierosów. Niestety, 20 km do celu silnik staje dęba, czyli w skrócie rozrywa go od środka. W tej chwili mamy kilka opcji, ale wszystko rozstrzygnie się jutro... Na pewno chcemy na metę!

Wtorek, 27 stycznia - etap 9
We wtorek rano pozwalamy sobie trochę dłużej pospać, bo chcemy odpocząć i przeznaczyć cały dzień na naprawę Subaru. Jeździmy na holu przez cały dzień po mieście, lecz niemożliwym okazuje się kupienie części lub całego silnika. W końcu przyjeżdżamy na kamp, bo pojawia się mała szansa, by spakować samochód do którejś ciężarówki, żeby przeciągnąć go przez metę Bamako. Lecz okazuje się, że na tym etapie rajdu wszystkie są już zajęte. Wtedy zostaje nam ostatnia alternatywa, jeśli chcemy zobaczyć metę wyścigu. Po kilkunastu nieudanych próbach wbicia się do jakiegoś teamu, poznajemy Magnusa. Przepakowujemy nasze manatki do jego Chevy S10 i jedziemy do hotelu, przygotować się na ranny wyjazd. Wieczorem intensywnie zastanawiamy się, co zrobić z naszym autem i postanawiamy, że podarujemy je małemu i pomocnemu pracownikowi hotelu.

Środa, 28 stycznia - etap 10
Wstajemy wcześnie rano i wyruszamy na stage 10, który ma około 500 km, z czego wiekszość prowadzi po pustyni. Po przejechaniu około 150 km w naszym samochodzie uszkodzeniu ulega chłodnica, przez co musimy zjechać do najbliższego miejsca, gdzie można ją naprawić. Po około 3 h wioskowy mechanik stwierdza, że naprawa się udała. Ruszamy więc w dalszą drogę, niestety po przejechaniu kilkunastu kilometrów chłodnica znowu się rozszczelnia, a ciśnienie oleju spada do zera. Tym razem okazuje się, że oprócz tego, że znowu wrócił problem z chłodnicą, to jeszcze pan mechanik źle zamontował przewód olejowy. Po częściowym usunięciu usterek z włączonym ogrzewaniem na full ruszamy na wydmy. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów pędzimy Chevym na jego limicie. I pomimo temperatury, która panuje w środku pojazdu, jedzie się całkiem przyjemnie. Na ostatnich dwóch azymutach łapie nas noc, a jesteśmy jakieś 40 km od utwardzonej drogi. I kiedy zamierzamy zjechać do Kampu, auto zaczyna znowu gubić wodę, jadąc w kopnym piasku w starym korycie rzeki. Na domiar złego kończy nam się paliwo. Serwis zajmuje nam około godziny, spuszczamy maksymalnie powietrze w kołach i z duszą na ramieniu ruszamy w noc. Jakimś cudem udaje nam się to przejechać 3-tonowym seryjnym autem, nie mamy pojęcia jak, ale się udaje. Na kampie jesteśmy około północy.

Czwartek, 29 stycznia - etap 11
Dzisiejszej nocy śpimy krótko, bo rano czeka nas naprawa samochodu i bardzo długi, wymagający odcinek. Po kolejnym klejeniu chłodnicy o godzinie 13:00 wyruszamy w drogę. Lecz po chwili okazuje się, że chłodnica przepuszcza i musimy jechać z włączonym ogrzewaniem. Około 150 km asfaltem, a potem 300 km off-road. Na szczęście nic nie spotyka nas po drodze, ale też nie udaje nam się dojechać w limicie czasowym.

Piątek, 30 stycznia - etap 12
Wstajemy wcześnie rano, przed nami bardzo długi odcinek i przekroczenie granicy Mauretania - Mali. Kilometry uciekają powoli, a temperatura w samochodzie ze względu na odkręcone ogrzewanie dochodzi do 50 stopni, więc tym bardziej nam się dłuży. Im bliżej granicy tym mamy coraz mniej paliwa, a na każdej napotkanej stacji można kupić tylko diesla. W końcu na kolejnej stacji udaje nam się kupić paliwo spod lady po około 2 euro za litr. Bierzemy wszystko, co mają, a i tak jest tego tylko 25 litrów. A że w Chevym mamy silnik 4.3, to i tak niewiele. Na resztkach paliwa dojeżdżamy na granicę, gdzie okazuje się, że aby wyjechać z Mauretanii musimy postać w kilometrowej kolejce. Potem kilometr strefy buforowej i granica z Mali. Przed wjazdem ustawiony jest punkt medyczny UNICEF, gdzie wszystkim wjeżdżającym mierzona jest temperatura w obawie przed ebolą. Krótkie formalności i jesteśmy w Mali. Po kilkunastu kilometrach mamy w końcu upragnioną stację benzynowy. Podczas tankowania okazuje się, że wlaliśmy do baku więcej paliwa niż podaje producent. Jest już bardzo późno, więc postanawiamy zjechać do miasta. Nareszcie jemy normalną kolacje i ruszamy na poszukiwanie jakiegoś noclegu.

Sobota, 31 stycznia - etap 13
Wyruszamy na przedostatni odcinek, którego częścią jest przejechanie przez Park Narodowy Mali. Po drodze zaliczamy kilkanaście WP i wyjątkowo wcześnie, bo po 15:00 dojeżdżamy na kamp pośrodku „niczego”, blisko wioski, której to mili mieszkańcy odwiedzają uczestników rajdu do późnych godzin nocnych. Jesteśmy już zmęczeni trudami podróży i z niecierpliwością czekamy na jutrzejszą metę w Bamako.

Niedziela, 1 lutego - etap 14 i meta
Dziś pobudka o 5:00 i i ruszamy na ostatni etap do Bamako. Po drodze robimy kilkanaście prostych WP i wjeżdżamy do stolicy Mali. Ostatnie kilometry droga dłuży się niemożliwie, upał i zmęczenie powoli dają znać i wreszcie upragniona meta!

Dziękujemy wszystkim, którzy nam kibicowali, trzymali za nas kciuki, najbliższym za wyrozumiałość i wspieranie naszych pasji. Specjalne podziękowania dla firmy Unitest, która od kilku lat wspiera nasze pasje, dla Arkadiusza Najdera, który zrobił nam remont silnika na pustyni za „dziękuję”, dla Magnusa, z którym przejechaliśmy ostatnie 5 dni i dzięki któremu dojechaliśmy do mety.

Jak wrócimy do kraju i odeśpimy 2 tygodnie, to postaramy się napisać kilka zdań o tym „rajdzie” naszymi słowami.

text i foto: Daniel Burzyński (4xDrive Team), Sebastian Ciuła (Unitest Team)

 

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.