Na kozackich wertepach - Kozackie Wertepy 2003

Podróże „asfaltami” z prędkością 10 km/h, które dla zwyczajnych aut są nieprzejezdne, wyprawy na ukryte w chmurach szczyty, na co w Polsce nikt nie uzyskałby formalnego zezwolenia, i trawersy przez pokryte soczystą zielenią połoniny wśród pasących się stad owiec, krów i koni. Wieczorem ognisko, długie i pełne humoru rozmowy, a potem nocleg pod namiotem lub w opuszczonym szałasie pasterskim w otoczeniu dzikiej przyrody. Atmosfera na Kozackich Wertepach, imprezie turystycznej na Ukrainie warszawskiego Wertep Klubu, przypominała stare, pionierskie czasy.

Kozackie Wertepy nie są wyprawą organizowaną w duchu współczesnych standardów imprez ekstremalnych dla spragnionych wrażeń biznesmenów, którzy suto płacąc, oczekują w zamian obfitego cateringu, komfortowych noclegów i służebnej opieki organizatora. Tu jest inaczej. O żywność każdy dba sam i nie może się dziwić, że przyjdzie mu odgrzać jedzenie nad rozpalonym na polanie ognisku. Dotarcie do bazy (pojęcie umowne – zwykle okazuje się nią nieco większa polana z kilkoma szałasami) okazuje się zwykle niemożliwe, a przyjazd o czwartej nad ranem po całodziennej i całonocnej przeprawie przez góry postrzegany jest jako duży sukces. Komu zepsuje się samochód, jeśli inni uczestnicy imprezy nie będą w stanie mu pomóc, musi liczyć na zmysł techniczny miejscowych speców od auto-mechaniki. A dla wielu z nich wtrysk elektroniczny, centralne blokady mechanizmów różnicowych, a nawet wspomaganie kierownicy są zwykle nowościami, które oglądają pierwszy raz w życiu. Co bardzo ciekawe, często wcale im to nie przeszkadza w doprowadzeniu pojazdu do stanu używalności...

Szlakiem według map
Tegoroczne Kozackie Wertepy były już drugą edycją tej imprezy, która udanie zadebiutowała przed rokiem, gromadząc wtedy na starcie ponad dwadzieścia maszyn. W tym roku chętnych było blisko trzy razy więcej, co zmusiło organizatorów do wprowadzenia podziału na podróżujące różnymi trasami grupy. Impreza stała się niemalże masowa. Przewodnikami grup byli doświadczeni kierowcy i piloci, którzy jednak nie zawsze mieli okazję zapoznać się wcześniej z trasą. Wyposażeni, podobnie jak reszta uczestników imprezy, w odbite na ksero czarno-białe mapy o skali 1:100 000, mieli czasami kłopoty z poprowadzeniem grupy po wytyczonej na planie trasie, ale z niegodnością tą, wnoszącą element przygody i niespodzianki, ostatecznie wszyscy jednak zawsze jakoś sobie radzili.

Początek rajdu miał miejsce w Przemyślu, po czym długa kolumna samochodów, korzystając z „bramki dyplomatycznej”, szybko przejechała na Ukrainę, kierując się w stronę Gorganów – pasma gór Beskidu Wschodniego. Celem, jak się okazało, bardzo wymagającym, który wyznaczyli organizatorzy, było dotarcie do Przełęczy Legionistów i zdobycie szczytu Świdowca. Niewielu udało się go zrealizować, ale i to było najważniejsze. Najciekawsze rzeczy działy się po drodze.

Dla wielu pierwszą niespodzianką były odwiedziny ukraińskich stacji benzynowych „z ropą po złotówce”. Oprócz niewątpliwej przyjemności, jaką sprawiało tankowanie do pełna za wręcz śmieszną sumę pieniędzy, czasami obserwować można było pracę (sic!) przemytników zajmujących się szmuglowaniem paliwa do Polski. Na oczach zdumionych off-roaderów na jednej ze stacji w przeciągu godziny dwa razy do dystrybutora podjechał dostawczy Transit, który za każdym razem pochłaniał po trzysta litrów ropy...

Niespodziewany areszt
Niezwykle przyjazna i życzliwa okazała się miejscowa ludność. Uczestnicy rajdu, jadąc przez ciągnące się kilometrami wioski, zawsze byli serdecznie pozdrawiani i nikt w razie potrzeby nie odmawiał im pomocy. Wiodąc niełatwe życie, doceniali wysiłek Polaków, okazując to na różne sposoby. Jura, nie namyślając się długo, wsiadł do jednego z samochodów i poprowadził całą grupę na szczyt, na który nikt nie potrafił znaleźć prawidłowej drogi. Stary pasterz obudził wczesnym rankiem grupę „Egona”, przynosząc im świeże mleko i sery. Negatywnym bohaterem był za to namiestnik policji z Kołczawy, któremu w zwidzie alkoholowym nie spodobał się przejazd jednej z grup kilkunastu polskich terenówek i w efekcie wszystkie je, aż do momentu wytrzeźwienia, zaaresztował.

Ciężkie warunki
„Im gorzej, tym lepiej” – mawiają off-roaderzy. Przeprawa przez ukraińskie góry nie zawiodła chyba oczekiwań uczestników Kozackich – pokreślmy to - Wertepów. Ich opowieści po powrocie wypełnione są opisami dramatycznych zmagań z kamienistymi rzekami, zalesionymi zboczami gór, koleinami o metrowej głębokości, a nawet drogą czołgową, która powstała niegdyś po przejeździe kolumny pięciuset „pancernych”. Kończyło się to czasami ośmiogodzinną przeprawą „na wyciągarkach”, zazwyczaj uszkodzeniem samochodów, a raz nawet uszczerbkiem na zdrowiu jednego z kierowców, który widząc, iż jego Mercedes przewraca się na bok, odruchowo chciał go podeprzeć (?) ręką.

Mimo pewnych niedociągnięć organizacyjnych, których symbolem była wspomniana już, niezbyt dokładna mapa, a raczej jej ksero, a które tłumaczy rozmach przedsięwzięcia – wyprawa sześćdziesięciu aut w niedostępne, dzikie rejony Ukrainy, gdzie nie wszystko można przewidzieć, prawie wszyscy uczestnicy imprezy z entuzjazmem opowiadają o wspaniałej przygodzie, którą przeżyli. „Atmosfera była super”, „widoki niebiańskie”, a „trasa przepiękna” – to najczęstsze superlatywy, jakie słyszałem, wypytując ich o wrażenia. Niemal wszyscy jednogłośnie zapowiadają, że w przyszłym roku tam powrócą. A organizatorzy podobno już znaleźli rewelacyjne mapy Zakarpacia o skali 1:50 000 przygotowane do współpracy z GPS-em...

text: Arkadiusz Kwiecień, fot. Paweł Kos

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.