Wydrukuj tę stronę

W 80 godzin dookoła III RP (2007)

październik 20, 2007
W euforii powyborczej nocy, o 4.00 rano z dwójką przyjaciół ładuję się do Hondy CR-V z zamiarem objechania Polski w trzy dni. Z odbezpieczonymi, gotowymi do strzelenia unikatowej foty aparatami ruszamy z Krakowa niczym podróżniczy paparazzi, zatrzymując się odtąd wyłącznie "na sekundę", często nawet nie gasząc silnika.

Pierwszy cel: Zakopane. Z Krakowa to niezbyt daleko, cała nasza trójka Zakopiankę zna jak własną kieszeń. O tej porze wystarczy nam godzina z niewielkim hakiem - planujemy. Dziury w asfalcie, remonty, TIR-y wlokące się pod górę z prędkością trzydzieści na godzinę, a przede wszystkim zimowa aura, która dla mieszczucha pod koniec października stanowi pewną niespodziankę, szybko uczą nas pokory i umiejętności błyskawicznej korekty planów.

Spod zaśnieżonej Krokwi udajemy się na wschód; na letnich (sic!) oponach Honda czuje się ciut niepewnie, ale na szczęście opuszczając Podhale, żegnamy się z przedwczesną zimą. W Beskidzie Niskim, a dalej w Bieszczadach czekają już na nas złociste lasy mieniące się tysiącami barw liści i czas, który się zatrzymał. Urocze widoki sprawiają, że co rusz zatrzymujemy się z piskiem oponom, by pstrykać kolejne fotki.

Najdłużej trwa sesja zdjęciowa stada owiec wypasanych na bieszczadzkich połoninach, nad którymi piecze sprawuje mocno wyobcowany, chyba ukraiński pastuch. Mimo przenikliwego zimna zdążamy się blisko zaprzyjaźnić z jego przemiłymi owczarkami, których specyficzny zapach zostanie na naszych ubraniach już do końca podróży...

Gdy rozsądek bierze wreszcie górę, jest już późne popołudnie, a my wciąż znajdujemy się w okolicach Ustrzyk Górnych - najdalej oddalonym na południe krańcu Polski. A przecież dziś mamy dotrzeć na Mazury! Na szczęście (!) pogoda się psuje, robi się ciemno i szaro, więc rozgrzeszeni z dalszego fotografowania ruszamy na północ. W okolicach Przemyśla chwyta nas głód tak wielki, że odtąd jedyną myślą jest słynna karczma Bida, dla której zbaczamy specjalnie w kierunku Lublina. Talerze z ziemniakami mają tu wielkość półmisków, porcja kiełbasy liczy prawie pół metra, a szaszłykiem można by obkarmić wygłodniałą drużynę rugbistów. Nasyceni - nareszcie i duchem, i ciałem - już ciemną nocą obieramy kurs na Augustów, do którego docieramy grubo po północy. Za nami pierwszy tysiąc kilometrów. Choroby lokomocyjnej jeszcze nie stwierdzamy.

Nazajutrz naszym pierwszym przystankiem są Sejny, w których zatrzymujemy się pod sławnym - nawet w Krakowie - Ośrodkiem Pogranicze. Gdy w zapale robię zdjęcia naszej Hondzie, moi przyjaciele nagle zapadają się pod ziemię. Nadsłuchując odgłosu migawek, odnajduję ich... w pobliskiej ruderze, która urzeka swą fotogenicznością. Szkoda, że nie da się do niej wjechać autem...

Czas niestety nagli - dziś planujemy zwiedzić Mazury i przywitać się jeszcze z morzem. Jedziemy jednak jeszcze wolniej niż w Bieszczadach, wydając okrzyki zachwytu nad każdym napotkanym jeziorem. Złota polska jesień, uśpione żeglarskie przystanie, puściutkie drogi przysypane liśćmi, sprawiają, że toczymy nieustanne dyskusje nad tym, gdzie się zatrzymać,  poświęcając nasz jakże cenny czas jazdy. W poszukiwaniu idealnego ujęcia raz nawet zapuszczamy się ścieżką w głąb lasu, ale niskie zawieszenie auta i brak reduktora powodują, że dość szybko musimy powstrzymać nasze off-roadowe zapały. - Honda to idealne auto turystyczne, ale na pewno nie terenowe - podsumowuje fachowo koleżanka.

Rozświetlone słońcem Mazury urzekają nas swym pięknem, dlatego solennie obiecujemy sobie, że musimy tu jeszcze kiedyś wrócić "na spokojnie". Za dnia Helu już nie zobaczymy, więc szukając ratunku, skręcamy gwałtownie w stronę Elbląga i pobliskiego Zalewu Wiślanego, które jest już przecież morzem! Wyścig z zachodzącym słońcem kończy się remisem - nad zalew wpadamy dosłownie przy ostatnich jego promykach. Czasu wystarcza na kilka zdjęć, po czym zapadają egipskie ciemności.

Nie przeszkadza to nam jeszcze zobaczyć tej nocy rozświetlonej niczym choinka rafinerii gdańskiej i dużo mniej spektakularnej latarni na Helu. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku pozwalamy sobie na rybną ucztę w opustoszałej knajpce. Oczywiście z trasą jesteśmy "do tyłu", dlatego w nocy, doskonałymi drogami, robimy jeszcze szybki przerzut do Darłowa.

Rano budzimy się (mnie oczywiście trzeba zwlekać z łóżka) przepełnieni jodowym powietrzem. Trzeba wstawać, bo przecież dziś musimy zdążyć do Krakowa. Jadąc wzdłuż morskiego brzegu, co pewien czas rozkoszujemy się widokiem błękitnej tafli Bałtyku. W Kołobrzegu niestety nie mamy czasu, aby biegać za pozwoleniami wjazdu  do portów, ale gdy przypadkowo trafiamy na przystań, błyskawicznie wykonujemy sesję zdjęciową i zanim ktoś się orientuje, już nas tam nie ma! Musimy uciekać zbyt szybko, bo na obrzeżach miasta zatrzymuje nas policjant, ale na szczęście jest wyrozumiały dla naszego poświęcania.

Z dość groźnie wyglądającym, lodowato zimnym morzem żegnamy się na dobre w okolicach Niechorza, w którym turystów o tej porze roku można policzyć na palach jednej ręki. Odtąd kierujemy się już na południe, zachwycając się doskonałą jakością dróg i wspaniałym widokiem pomorskich wiatraków. Nasz GPS chyba zbyt szybko wszedł do strefy Schengen, bo obierając trasę na Wałbrzych, skierował nas na przejście graniczne w Kołbaskowie! Jego zdaniem podróż niemieckimi autostradami trwałaby znacznie krócej. Pokusa jest duża, ale kłóci się z naszymi ideami, tak więc po krótkiej podróży po autobahnach zawracamy z powrotem do kraju, gdzie chwilę później grzęźniemy w swojskich korkach...

Pogoda pogarsza się z godziny na godzinę. Korzystając, że jeszcze nie pada, na chwilę zatrzymujemy się w okolicach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Próbujemy wedrzeć się do bunkrów, ale niestety okazują się podziemne... Wkrótce zapada zmrok, a nad Hondę nadciąga potężna ulewa. Nie poddajemy się jednak i żółwim tempem, spowici mgłą, kierujemy się na Wałbrzych, który ostatnio stał się niezwykle popularnym miastem naszych filmowców. Mgła jest tak gęsta, że widoczność spada do kilku metrów, ale posępnego zamku w Książu, w którym szykował sobie rezydencję sam Adolf Hitler, trudno nie zauważyć. To już nasze ostatnie zdjęcia, które wykonujemy przemarznięci na kość, chowając się pod rozciągniętą kurtką.

Do Krakowa docieramy o północy. Na liczniku 3050 kilometrów. Czas wreszcie się wyspać.

text: Arek Kwiecień foto: Dagmara Biernacka, Jan Bosak, Arek Kwiecień / Sigma Pro - artykuł opublikowany w numerze 01/2008 miesięcznika "Auto-Moto"