Jubileusz z awariami - X rajd Berlin-Wrocław 2004

Data i miejscowość się zgadzała. 3 lipca, podwrocławski Trzebień. Życie w maleńkiej wiosce toczyło się jednak swym leniwym rytmem, a indagowani przeze mnie mieszkańcy wzruszali ramionami i kręcili głowami. Dopiero stały bywalec okolic sklepu z alkoholem na pytanie, czy słyszał o odbywającym się tu finałowym etapie X rajdu Berlin-Wrocław – jednego z najbardziej znanych rajdów terenowych w Europie, wyraźnie ożywiony zamachał ręką w trudnym do określania kierunku, radząc, abym tam właśnie się udał.

Po blisko godzinnym jeszcze błądzeniu w lesie mym oczom ukazał się imponujący widok – ogromny obóz, wypełniony samochodami terenowymi, potężnymi ciężarówkami i tłumem ludźmi. W zupełnym odcięciu od polskiej rzeczywistości, bez polskich kibiców i dziennikarzy, w środku naszego kraju dobiegał końca jeden z największych rajdów samochodowych w Europie. W gronie blisko 250 pojazdów tylko trzy nosiły biało-czerwone barwy – dwa Mercedesy G załóg: Wojciech Tolak - Maciej Szurkowski i Arkadiusz Dobrogowski - Alfred Knappik oraz Toyota KZJ 70 Tomasza Łukasika i Witolda Fedorowicza. Zdecydowana większość pozostałych samochodów, ciężarówek, motocykli i quadów, które uczestniczyły w rajdzie, należała do zawodników niemieckich, obok których startowały również ekipy z Francji, Włoch, Holandii, Czech i Szwajcarii.

Jubileuszowa edycja rajdu Berlin-Wrocław, którego trasa niegdyś wiodła z Monachium do Wrocławia, tym razem rozpoczęła się jednak nie w stolicy Niemiec, ale – ze względów oszczędnościowych – w miejscowości Senftenberg, gdzie rozegrano prolog, oraz – na terenach kopalni odkrywkowej – pierwsze etapy rajdu. Później zawodnicy przenieśli się do Polski, na tereny poligonów zlokalizowane w okolicach Drawska, Żagania i Trzebienia.

Trasa rajdu, który swą specyfiką przypomina słynny rajd Paryż-Dakar, nie była jednolita, łącząc elementy trialowe, przeprawowe i szybkościowe. Po odcinkach w Niemczech, na których trzeba było wykazać się dużymi umiejętnościami jazdy technicznej, zawodnicy najpierw zmagali się z błotno-wodnymi oesami w Drawsku, by później przenieść się na pustynny poligon w Trzebieniu. Długość trwania zawodów, stukilkudziesięciokilometrowe „czasówki”, a przede wszystkim niezwykle trudna i wymagająca trasa preferowała pojazdy szybkie, wytrzymałe i odporne na uszkodzenia. Ponieważ awarie nie ominęły chyba żadnego z uczestników, w rajdzie mógł wygrać tylko ten, którego auto psuło się najrzadziej, lub którego mechanicy byli najsprawniejsi. A konkurencja była duża – do walki stanęły niemal wszystkie teamy fabryczne niemieckich (najlepszych w Europie) firm tuningowych. Zwycięzcami rajdu wśród załóg samochodowych zostali ostatecznie Jork Neese i Torsten Müller, startujący Toyotą Land Cruiser, a najlepsza z polskich załóg: Wojciech Tolak - Maciej Szurkowski, reprezentująca niemiecki team ORC, zajęła miejsce 25.

text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro

Zaba_icoRozmowa z Witoldem Fedorowiczem, pilotem Tomasza Łukasika, którzy zajęli 60. miejsce:

- W ciągu 6 tygodni wystartowałeś w dwóch bardzo trudnych rajdach off-roadowych: Ładoga Trophy i Berlin-Wrocław. Nie czujesz się zmęczony?
- Nawet bardzo. W chwili obecnej mam już serdecznie dość wstrząsów, psujących się aut, błota, pyłu... Muszę odpocząć, ale chyba szybko zatęsknię do terenu... Za pół roku planuję już start w równie trudnym rajdzie – 10-dniowym Libia Challenge.

- Czy można porównać oba rajdy, w których wziąłeś właśnie udział?
- Tylko fragmenty rajdu Berlin-Wrocław przypominały „Ładogę” – tam, gdzie spotkaliśmy błoto i musieliśmy korzystać z wyciągarki. Przeważnie jednak czuliśmy się jak na „Dakarze” – z powodu długich, piaszczystych oesów, palącego słońca i wszechobecnego kurzu.

- Podobnie jak u innych, także Waszą Toyotę nie ominęły awarie.
- Już na I etapie uszkodziliśmy przedni most, potem padła wyciągarka, borykaliśmy się z układem chłodzenia. Z powodu taryfy na pierwszym oesie spadliśmy nawet na ostatnie miejsce, ale później udało nam się awansować o blisko 100 pozycji, co – podobnie jak samo dotarcie do mety - uważam za nasz ogromny sukces, zważywszy, iż w parze startowaliśmy po raz pierwszy, a nasza Toyota to praktycznie seryjne auto.

Artykuł opublikowany w czasopiśmie "Giełda Samochodowa", nr 55/2004 (914) z dnia: 13 lipca 2004 roku.

 

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.