III etap Drezno-Wrocław 2012: jakość ważniejsza niż ilość

Wszystko się zmienia, zmienia się również Drezno-Wrocław. Bo boomie, jaki rajd przeżywał wśród naszych off-roaderów, wydaje się, że sytuacja zaczyna przypominać tę z początku XXI wieku. O ile jeszcze w ubiegłym roku język polski był jednym z dominujących w obozie, w tym roku naszych załóg jest jak na lekarstwo – ledwie pięć. Statystyki poprawia obecność polskich quadowców, motocyklistów i dwóch załóg ciężarowych, co nie zmienia faktu, że rajd ewidentnie stracił na popularności wśród naszych zawodników (na czym zyskują jego groźni konkurenci: MT Rally i Transgothica).

Jedno na Dreźnie wciąż nie zmieniło się – Polacy należą do najlepszych! Dziś można było nawet odnieść wrażenie, że wręcz demolują rywali – w czołowej siódemce dzisiejszego etapu uplasowała się najprawdopodobniej cała piątka polskich załóg samochodowych! Rajd tak jak dotychczas przebiega pod dyktando Polaków, z którymi zagraniczni zawodnicy nie są w stanie nawiązać walki.

Jako pierwszy na mecie zameldowali się dziś Robert Kufel i Dominik Samosiuk. Widać było, że ponad 200-kilometrowy oes dał im się mocno we znaki, ale poza zmęczeniem i drobnymi usterkami załoga na nic nie mogła  narzekać.

- Etap stał pod znakiem nawigacji; przeszkody, głównie rowy z wodą, nie stanowiły żadnej filozofii – mówi Robert Kufel. - Organizatorzy zgodnie z zapowiedziami bardzo zmienili trasę w porównaniu do poprzednich edycji. Wiele miejsc było dla nas zupełnie nowych. Zakładaliśmy świeże ślady na łąkach, bo azymuty prowadziły nas po wysokiej trawie. Oj, można było się pogubić! Ale chyba źle nam nie poszło, trzeba było jedynie uważnie nawigować. Wynikami jeszcze nie zaprzątam sobie głowy – dziś mamy dopiero poniedziałek. Jutro czeka nas etap 250 km, we środę pół Hannibala, w czwartek cały Hannibal, w piątek ma być jakaś kopalnia (co zawsze mi się nie najlepiej kojarzy, bo w kopalniach nawigacja potrafi zamienić się w ciuciubabkę), w sobotę kolejna kopalnia... Nie wyciągamy daleko idących wniosków, tylko staramy się jechać swoje. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Po pechowym początku rajdu (awaria na prologu) w klasyfikacji sukcesywnie pnie się Andrzej  Wieczorek, startujący wraz z synem Toyotą. - Pierwszy odcinek skończyliśmy na 15. miejscu, a do dzisiejszego etapu startowaliśmy już z 5. pozycji - mówi. - Muszę przyznać, że nie bardzo lubię  poligon w Drawsku. Dzisiejszy odcinek był wkurzająco długi, monotonny i niezbyt trudny technicznie. Wymagał dużego skupienia, bo często zdarza się tutaj, że po równym odcinku nagle zaskakuje nas dziura wielkości auta. Jeśli jedziesz za szybko, możesz mieć kłopoty. Jeden z takich dołów przypadkiem przejechał dziś Paweł Oleszczak – w rezultacie mocno uderzył w przeciwstok i uszkodził przegub. My popełniliśmy dziś kilka drobnych błędów nawigacyjnych, a podczas jednej z przepraw wodnych uderzyliśmy w drzewo, defasonując nieco przód auta. Mieliśmy kłopoty z metromierzem, więc jechaliśmy, korzystając z GPS-a. Zanieczyszczony filtr powietrza źle wpływał również na pracę silnika. Ale jakoś dotarliśmy do mety.

- 200 kilometrów oesowych dały nam się mocno we znaki – mówi Tomasz Kwiatkowski, który wraz z synem jedzie „Patrolem Zielonego”. - Pod koniec byliśmy już naprawdę zmęczeni, pojawiły się drobne kłopoty z autem. Okazało się, że nowa pompa wody podciekała i na koniec etapu zabrakło mi wody w układzie chłodzenia. Zatrzymaliśmy się nad jeziorem i uzupełniliśmy wodę, ale straciliśmy przy tym nieco czasu (około 15 minut). Etap muszę uznać jednak za udany, wszystkie próby wodne, których mój samochód kiedyś się bał, teraz pokonywał koncertowo. Dziś było sporo szybkich partii i dużo nawigowania. Pojawiły się nawet elementy trialu! Ale wszystko pokonaliśmy na kołach, bez użycia wyciągarki.

Jako drugi na mecie zameldował się dziś Paweł Oleszczak, ale – jak wspomniał Andrzej Wieczorek -  jego Nissan ucierpiał przy jednym ze skoków, urywając przegub. Z dumnie zadartym mostem stoi w obozie Grat Łukasza Schleissa, ale wygląda to tylko na zwykłe prace „eksploatacyjne”. Nieco mniej wesołe miny mają członkowie zespołu Ostaszewski Team – Ural przedwcześnie zjechał z trasy, Zetrosa długo nie widzieliśmy na finałowej przeszkodzie.

Rację ma Robert Kufel, mówiąc, że do mety rajdu jeszcze bardzo daleko. We wtorek na zawodników czeka aż 250-kilometrowy oes. Pewne jest, że Polacy nie pozwolą sobie łatwo wydrzeć zwycięstwa. Być może szczęście przyniesie im niespodziewana wizyta w obozie Marcina Łukaszewskiego i Magdy Duhanik, którzy wygrali „Drezno” przed rokiem, ale tym razem zdecydowali się na start w Baja Carpathia. Ich widok na pewno podziała deprymująco na naszych zagranicznych rywali. Jakby już nie byli wystarczająco zdemotywowani...

text i foto: Arek Kwiecień / Sigma Pro


Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.